.

.
.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 28

Rozdział 28
Ach te zwariowane wakacje! Człowiek myśli, że znajdzie więcej czasu na bloga a jak na razie to rzadko w domu bywa. Przepraszam, że tak długo czekaliście. Mam nadzieję, że się nie nudzicie, ale gdyby jednak to na nudę najlepsze czytanie. Zapraszam więc do zapoznania się z nowym rozdziałem. Koniecznie napiszcie co o nim sądzicie.
Caroline:
Czy ja ostatnio nie za często budzę się z bólem głowy? Skrzywiłam się. Co ja wczoraj wyprawiałam? Otworzyłam oczy. Leżałam w łóżku, w pokoju było jasno. Ale to nie była moja sypialnia. Nie był to też pokój w którym zatrzymała się Rebeka. Spojrzałam przez otwarte na oścież drzwi balkonowe. Z ust wyrwało mi się krótkie westchnienie. Pokój z widokiem na Wieżę Eiffla! Usłyszałam cichy szelest. Spojrzałam w tamtą stronę a moje usta znów wydały niepożądany odgłos. Z jednych z drzwi wyszedł właśnie bosy Klaus. Miał na sobie jedynie jeansy. Wycierał wilgotne włosy ręcznikiem. Pojedyncze krople z włosów spadały na jego umięśniony tors. Mały metalowy kluczyk wiszący na rzemyku błyszczał w słońcu. Poczułam ochotę aby dotknąć jego umięśnionego brzucha. Klaus zauważył, że mu się przyglądam i uśmiechnął się zadowolony.
- Dzień dobry Kochana.
- Jak tu dotarłam?
- Jak zawsze kiedy ze mną pijesz. – Jego uśmiech nie znikał z twarzy. Zdziwiona uniosłam brwi. – Przyniosłem cię.
- Dziękuję… - Odwrócił  się i wyszedł na balkon.
- Cała przyjemność po mojej stronie. – Stał do mnie tyłem. Ręcznik którym wcześniej wycierał włosy spoczywał teraz na jego ramionach. Najchętniej zrzuciłabym go aby nie zasłaniał jego umięśnionych ramion… Klaus odwrócił się.
- Zamówię lunch.
- Która godzina?
- Za dziesięć dwunasta.
- Już tak późno? – Zerwałam się z łóżka i poczułam zawroty głowy. Klaus już ruszył w moją stronę ale zatrzymałam go gestem ręki. Podparłam się o łóżko. Nie wiadomo jak by się to skończyło gdybym znalazła się teraz w jego ramionach.
- Kac? – Pokiwałam twierdząco głową.
- Marzy mi się długa kąpiel. – Nieświadomie powiedziałam to na głos.
- Łazienka jest tam. – Wskazał mi drzwi z których sam niedawno wyszedł. Skinęłam głową i powoli udałam się w tamtym kierunku. Zatrzymałam się w drzwiach i spojrzałam na sukienkę którą wciąż miałam na sobie. Najchętniej bym się w coś przebrała. Ale oczywiście niczego ze sobą nie zabrałam. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i upewniłam się raz jeszcze czy są zamknięte. Ściągnęłam sukienkę i weszłam pod prysznic. Po kąpieli owinięta w ręcznik spojrzałam niechętnie na brudną już sukienkę. Moją uwagę przykuła czysta kupka idealnie złożonych kobiecych ubrań. Czyżby należały do jednej z jego… Przełknęłam ślinę i podeszłam do kolorowej sterty. Podniosłam białą letnią sukienkę. O dziwo miała jeszcze metkę. Do tego błękitny sweterek, pasek i szpilki.
- W łazience masz ubrania na przebranie. – Usłyszałam głos Klausa z za drzwi. – Rebeka powiedziała, że będą na ciebie dobre.
- Mhm. – Nie mając zbytnio innej perspektywy ubrałam się w pozostawione mi rzeczy. Przeczesałam palcami włosy i wyszłam z łazienki. Hybryda przyglądała mi się ze skupieniem. Z uśmiechem podszedł do mnie i stając za mną odgarnął mi włosy z karku.
- Nie oderwałaś metki głuptasie.
- Głuptasie? – Klaus zignorował moje pytanie. – To dla tego, że mam nadzieję ją oddać. – Mina Klausa stężała.
- Prezentów się nie oddaje.
- Ale też nie przyjmuje się ich od nieznajomych. Szczególnie kiedy są tak drogie. – Wyraz jego twarzy stał się nieodgadniony.
- A więc tym dla ciebie jestem? Po prostu nieznajomym? – Podszedł do mnie niebezpiecznie blisko. Zaczęłam się powoli cofać.
- Nie to miałam na myśli…
- Zawsze całujesz się z nieznajomymi mężczyznami na szczycie Wieży Eiffla? – Jego bliskość sprawiała iż nie mogłam racjonalnie myśleć.
- Pierwszy raz byłam na Wieży Eiffla… - Klaus roześmiał się złowrogo.
- Co to miało znaczyć? Uważaj Caroline, nie chciałabyś wiedzieć co ja robię z nieznajomymi kobietami. – Poczułam, że nie mogę się już dalej cofać, natrafiłam na jakąś przeszkodę. Przełknęłam ślinę.
- Nie chciałam, aby to tak zabrzmiało. Chodzi o to, że chwilami mam wrażenie, że cię nie znam. Raz jesteś wobec mnie miły i czuły a innym razem agresywny i niebezpieczny.
- Agresywny? Niebezpieczny? Wobec ciebie? – Znów złowrogi śmiech który tym razem zamarł na jego ustach. Popchnął mnie, a ja poczułam pod sobą miękki materac.
- Klaus? Co robisz?!
- Agresywny? Mogę ci przysiąc, że jeszcze nigdy nie byłem wobec ciebie agresywny… ani nigdy nie byłem dla ciebie aż tak niebezpieczny jak mogę być. – Jego głos był zimny i beznamiętny. – Ale jeśli chcesz, mogę pokazać ci o co właśnie mnie osądziłaś. – Próbowałam się zerwać z łóżka jednak on złapał mnie z ogromną siłą za  nadgarstki.
- Puść! To boli! - Dlaczego? Dlaczego Nik tak się zachowywał? Mój Nik…
- O nie. To jeszcze nawet nie zaczęło boleć. Usiadł nade mną okrakiem i zaczął zaborczo całować po szyi i biuście.
- Proszę przestań! – Nie przestał. Jego dotyk parzył mnie, czułam jak moja skóra reaguje na jego pocałunki. Ale nie sprawiało mi to przyjemności a jedynie ból.
- Gratuluję Kochana. Udało ci się dopiąć swego. Pokarzę ci dziś jak traktuję nieznajome. – Jego głos był trochę ochrypły.
- Przestań! Przestań bo zacznę krzyczeć!
- Nikt ci nie pomoże. Możesz krzyczeć ile chcesz.
- Jest ktoś… ktoś kto na pewno mi pomoże… - Wiedziałam to, jest sposób aby go powstrzymać, nie wiedziałam tylko czy on wciąż istnieje i czy ja wciąż istnieję dla niego.
- Wątpię. Pamiętasz chyba, że jesteśmy we Francji? Nie ma tu Stefana ani Damona, nie ma też Elijaha. – Wyszeptał mi przy ciele muskając moją skórę wargami. Jedną ręką złapał moje nadgarstki, druga wędrowała wzdłuż moich ud, coraz wyżej i wyżej…
- Nie o nich myślałam. – Nabrałam w płuca powietrza i z całej siły zaczęłam krzyczeć. – NIK! NIK! Proszę przestań! – Czułam się jak głupia bohaterka kreskówki. To co właśnie robiłam było głupie, ale wydawało się skutkować. Klaus zesztywniał na chwilę, następnie podniósł głowę i spojrzał na moją twarz, starannie unikając mojego wzroku. Potem na ręce które w miejscu ucisku zrobiły się fioletowe. Zobaczyłam w jego oczach pogardę i odrazę. Poczułam ból w klatce piersiowej, nie mogłam patrzeć jak się obwinia. W końcu to ja zaczęłam. Klaus miał rację, nigdy nie stanowił dla mnie zagrożenia. Poczułam, że uścisk zniknął, tak samo jak ciężar jego ciała. Klaus właśnie wstawał z łóżka nie patrząc na mnie. Podniosłam się więc szybko i tym razem to ja popchnęłam go na łóżko. Nie opierał się. W jego oczach widziałam ból. Dlaczego aż tak bardzo się tym przejął? Przecież do niczego nie doszło! Nagle na jego policzku pojawiła się kropla, łza. Moja łza. Otarłam oczy zanim kolejna łza wylądowała na jego twarzy. Klaus w końcu spojrzał na mnie i znów poczułam ukłucie bólu. Jego smutne oczy patrzyły na mnie przepraszająco. Kolejna łza skapnęła, tym razem na pościel tuż obok jego ucha. Klaus odwrócił głowę, ale ja chwilę później złapałam ją w dłonie i delikatnie obróciłam w moją stronę. Tym razem patrzył na mnie ze… zrozumieniem? Nie zdążyłam się im przyjrzeć ponieważ zamknął oczy. Otarłam nowe łzy i Pochyliłam się nad nim. Złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek. Czyżby to był pierwszy raz kiedy to ja go pocałowałam? Klaus gwałtownie otworzył oczy. Uśmiechnęłam się wciął mając swoje usta na jego i pogłębiłam pocałunek. Klaus powoli, jakby niepewnie oddał go.
Klaus:
Nic nie rozumiałem. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie miałem kontroli nad sytuacją. Zrozumiałem co się dzieje dopiero kiedy zaczęła krzyczeć. Ale dlaczego krzyczała moje imię? Myślałem, że za to co jej zrobiłem… za to co chciałem zrobić… za to co mogło się stać. Myślałem, że chce zemsty. Widziałem przecież jak płacze, nie mogłem patrzeć na nią w takim stanie. Mój Anioł skrzywdzony przeze mnie! Kiedy poddałem się jej myślałem, że chce mnie ukarać lub spróbuje mnie nawet zabić…
- Dlaczego?
- Dlaczego co? – Spytała wciąż zdyszana.
- To nie była kara.
- To nie miała być kara. – Uśmiechnęła się do mnie promienie.
- Dlaczego sądziłaś, ze kiedy powiesz do mnie Nik, to zadziała?
- Poznałam cię jako Nika. Wiem też, że tak mówią do ciebie tylko bliskie ci osoby i ja. – Teraz rozumiałem.
- Jesteś dla mnie bliską osobą.
- Wiem. – Zaczerwieniła się. – Nie chciałam żeby to tak wyszło. Przepraszam.
- Nie przepraszaj. To ja powiniene… Znów mnie pocałowała, a ja poczułem nieodpartą ochotę aby przyciągnąć ją do siebie i rozerwać tę białą sukienkę… Ale nie mogłem, nie po tym co zrobiłem. Mój telefon zadzwonił a Caroline odsunęła się ode mnie. Niechętnie podniosłem urządzenie do ucha.
- Halo?
- Wylecieliście zgodnie z planem? O której lądujecie?
Caroline:
Na śmierć zapomniałam! Dziś mamy samolot.
- Która godzina?
- Dwie godziny po tym jak powinniście być w samolocie… Czy tylko mi się wydaje, ze was tam nie ma? – Głos Rebeki zabrzmiał w telefonie.
- O nie!
- Następny lot jest dopiero jutro o 6.
- Nie musimy się śpieszyć. Jesteśmy w końcu nieśmiertelni. – Z zadowoleniem zauważył Klaus.
- Jutro jest szkoła, że tak wtrącę. – Celna uwaga Rebeki spowodowała iż Klaus spojrzał na mnie i znów na telefon.
– Nie przejmuj się Beki. Jeszcze dziś będziemy. – I się rozłączył. Chciałam zapytać go jak to zrobimy skoro samolot leci już od dobrych dwóch godzin, ale nie zdążyłam, ponieważ Klaus znów przyłożył słuchawkę do ucha. Wiem, że nie powinnam, ale mimo wszystko wyostrzyłam słuch.
- Panie? – Przekręciłam oczami. Zakochałam się w kimś kto ma kompleks wyższości!
- Potrzebuję samolotu za dwie godziny.
- Ale ostatni samolot dzisiaj…
- Samolot ma na mnie czekać na lotnisku i za dwie godziny ma się wzbić w powietrze. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz.
- Rozumiem. – A ja nie. Co to znaczy? Że ma być? Co on mu karze zrobić? Chyba nie użyje perswazji i zmieni kurs jakiegoś innego samolotu tylko dla tego, że ja chcę być w poniedziałek w szkole. A co z tymi wszystkimi ludźmi? A co jeśli przez zmianę kursu zdarzy się tragedia i się rozbijemy? Poczułam, że Klaus mi się przygląda. Westchnął ciężko.
- Skorzystaj z mojego konta w Szwajcarii. Powinno wystarczyć pieniędzy.
- Na tamtym koncie wystarczyło by pieniędzy na zakup kilku odrzut… - Klaus rozłączył się.
- To nie było konieczne. To tylko szkoła.
- Nie robię tego dla szkoły, tylko dla ciebie. – Podsunęłam się bliżej i wtuliłam w jego tors.
Klaus:
Objąłem Caroline znamionami, myśląc nad tym jak krucha jest jej osoba. Wtuliłem twarz w jej włosy delektując się ich miękkością i zapachem. Tak niewiele brakowało mi do szczęścia. Jedynie de blond loki, duże niebieskie oczy, uroczy nosek, piękne usta, to drobne ciałko, nieziemski uśmiech… Niby niewiele, ale bez tego wszystkiego nie mam nic. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zasługuję na nią. Nie zasługuję nawet na jej uśmiech, nie zasługuję na to aby tak ją trzymać.
Caroline:
Chwile później musieliśmy już się zbierać, aby mimo korków dojechać na czas. Miałam nadzieję, że udało się temu nieszczęśnikowi załatwić samolot. Już raz omal nie byłam świadkiem kary za nie wykonanie polecenia. Kiedy wyszliśmy przed hotelem stał już srebrny kabriolet z szoferem.
- Nie przypominam sobie, abym prosił cię o podwózkę.
- Spokojna głowa, jeśli chcesz, to możesz prowadzić.
- Kol?!
- Wsiadasz bracie?
- Co zamierzasz? – Klaus zmierzył wzrokiem brata który właśnie okrążał auto aby siąść na miejscu pasażera.
- Jadę z tobą. – Uśmiechnął się. Poczułam się jak piąte koło u wozu.
- Po co? Myślałem, że chciałeś mieć własne życie.
- Wsiadaj bo się spóźnimy na samolot.
- Skąd wiesz, że mamy samolot? – Kol wydawał się nawet nie słyszeć mojego pytania. Przyjrzałam się samochodowi. Wyglądało na raczej dwuosobowe auto z odrobiną miejsca z tyłu niż na pięcioosobowy pojazd. Klaus chyba też to zauważył.
- W takim razie spotkamy się na lotnisku. – Pożegnał go Klaus i podszedł do parkingowego. Spojrzałam na najmłodszego Mikaelsona. Przyglądał mi się z otwartą wrogością. Przeszedł mnie dreszcz.
- Nie ma szans, że Klaus wytrzyma z tobą dłużej niż tydzień. Nie szczególnie gdy zobaczy mój prezent powitalny. – Uśmiechnął się złośliwie.
- Dlaczego tak mnie nie lubisz? – Czarne BMW stanęło tuż za samochodem Kola. Klaus obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. Kol odjechał z piskiem opon. Wygląda na to, że nie jest mi pisane poznać odpowiedź na to pytanie. Nieco zamyślona wsiadłam do samochodu. Poczułam badawczy wzrok Klausa.
- Ładny samochód. Skąd go masz? – Zaczęłam niewinną rozmowę.
- Pożyczyłem. – Uniosłam brwi.
- Ukradłeś?
- Pożyczyłem. Kiedy zostawię go na płucie lotniska właściciel będzie mógł go stamtąd odebrać.
- Jesteś niereformowalny.
- Raczej mam swoje poglądy. – Poprawił mnie. – Zresztą ty też bywasz nieznośna.
- Nieznośna?
- Dokładnie. Nieznośnie dobra. Przyleciałaś tu aby ratować swoją koleżankę która będąc w niewoli majaczyła wzywając wszystkich oprócz ciebie. Damona, Stefana, a nawet Bonnie.
- Naprawdę?

- Przepraszam. Nie powinienem tego mówić. Zapomnij, że to powiedziałem. – Zapadła cisza. Dlaczego Elena nie wołała mnie? Jestem za słaba, żeby jej pomóc?

czwartek, 19 czerwca 2014

Rozdział 27

Rozdział 27
Przepraszam! Przepraszam, że dopiero dziś ale miałam sporo na głowie. Teraz oceny już wystawione, ale mam sporo planów więc nie będzie rozdziału w ten weekend a dopiero w przyszłym tygodniu. życzę miłego czytania.
I baaaaardzo proszę o zostawienie komentarza ponieważ zaczynam wątpić w swoje rozdziały. Rozdział dedykuję podtrzymującej mnie na duchu Artistic Smile oraz nowej czytelniczce Zuzannie Marciszewskiej.
Ps. Nadałam sobie pseudonim artystyczny, niech więc Was nie zdziwi zmiana mojego imienia ;p
Caroline:
Paryż jest naprawdę wspaniały! Moi przewodnicy również, pomyślałam. Ciągle sobie dokuczali, ale czy nie tak powinni zachowywać się bracia? Sama nie miałam nigdy rodzeństwa. Światła na Wieży Eiffel zgasły, co oznaczała iż jest już po północy. Poczułam zmęczenie. Przez małą kanapę na której zasnęłam z Eleną nie wyspałam się. Do tego randka… spotkanie z Klausem, poprawiłam się i to iż omal nie wylądowała w jego łóżku. Na początku byłam gotowa mu się oddać, ale potem Kol zasiał we mnie ziarno niepewności. Co jeśli jestem dla niego jedynie wyzwaniem? Poczułam wątpliwości. Wiedziałam, że mężczyzna idący obok mnie jest tym jedynym. Tylko jego pragnęłam, ale co jeśli on nie czuje tak samo? Jeśli szybko mu się znudzę? On był nieziemsko przystojną hybrydą i mógł mieć każdą. A ja? Sam Kol stwierdził iż nie jestem najpiękniejszą kobietą z którą Klaus był. Zabolało mnie myślenie o tym jak wiele kobiet przewinęło się przez jego łóżko.
- Nad czym tak rozmyślasz? – Wyrwał mnie głos z brytyjskim akcentem.
- Wyobrażam sobie jak ten wieczór mógłby się skończyć gdyby twój nieziemsko przystojny brat się nie zjawił.
- Zamknij się Kol! – Syknął Klaus, jego brat jedynie zamrugał rzęsami i porzucił udawanie mojej osoby.
- Powinnam już wracać. – Zmieniłam temat.
- Gdzie gołąbeczki macie pokój? W którym hotelu?
- Ale my…
- Grand Hotel. – Przerwał mi Klaus. – Chyba że wolisz iść do klubu. – Spojrzał na mnie. Zupełnie zapomniałam o naszej umowie. Serce zabiło mi szybciej na myśl o tym że spędzę w jego towarzystwie kilka kolejnych godzin. Odgoniłam zmęczenie.
- Jeden drink?
- Cudownie! – Nie jego odpowiedzi się spodziewałam.
- Zgub się! – Klaus nawet nie spojrzał na brata.
- Nie ma szans! A może potem wpadniemy do mnie? Mam niedaleko fajną willę… - Klaus przerwał mu mówiąc coś po francusku. Kol z niechęcią wysłuchał słów brata aby następnie z posępną miną spojrzeć na mnie. Wykrzywił usta w złośliwym uśmiechu a mnie przeszedł dreszcz. Co takiego powiedział mu Klaus? – Powiedz jak znudzi ci się ta dziwka. Wtedy przypomnę ci co to prawdziwa zabawa. - Kol wstał a Klaus słysząc jego słowa zerwał się z miejsca zaraz za nim.
- Klaus! – Złapałam go za ramię. Nie rozumiałam dlaczego Kol nagle zmieniał swój stosunek do mnie z obojętności we wręcz otwartą nienawiść. Czy to przez słowa brat? – Muszę się napić! – Choć jego słowa mnie zabolały, nie zamierzałam dopuścić do kolejnej bójki. Klaus mi się wyrwał. Znów powiedział coś po francusku tym razem o wiele bardziej wzburzonym głosem. Kol zaśmiał się posępnie.
- Przestań! – Ponownie złapałam go za ramię.
- Daję temu tydzień. – Uśmiechnął się i zniknął. Klaus przeklnął.
- O co chodziło? Co mu powiedziałeś? – Klaus spojrzał na mnie zmęczonym spojrzeniem które rozbłysło jakby nagle przypomniał sobie o moim istnieniu.
- Czyli do klubu? Znam jeden fajny. Chodź.
- Klaus. Dlaczego on jest na mnie zły?
- On nie jest na ciebie zły Caroline. – Powiedział z naciskiem Klaus, a ja czułam, że nic nie uda mi się z niego wyciągnąć. Czy choć raz powinnam odpuścić?
- Więc gdzie jest ten klub? – Klaus uśmiechnął się widoczne zadowolony, że nie drążę dalej tematu.
- Pani pozwoli. – Podał mi swoje ramie. Jeszcze nigdy nie wchodziłam do klubu w tak elegancki sposób, zachichotałam. Postanowiłam jeszcze wrócić do tematu kłótni braci. Ale już nie dziś.
Weszliśmy do sporego pomieszczenia. Poczułam zapach ludzkiego potu, alkoholu i papierosów. Moje uszy rozsadzała głośna muzyka. Klaus nie zatrzymał się. Przeszliśmy przez całe pomieszczenie. Tłum rozsuwał się przed nim robiąc nam przejście. Kiedy przechodził kobiety wzdychały i szeptały. Klaus zdawał się tego nie zauważać, ja natomiast poczułam się nagle mała. Klaus puścił moją rękę a ja poczułam rozczarowanie. Podeszliśmy do drzwi przed którymi stał ubrany na czarno mężczyzna. Na widok Klausa Natychmiast otworzył drzwi. Kiedy przechodziłam przez nie, czułam na sobie ciekawskie spojrzenie goryla.
Drzwi za nami się zamknęły. Znajdowaliśmy się w o wiele mniejszym pomieszczeniu, jednak bardziej ekskluzywnym. Wyglądało to na pomieszczenie dla WiP-ów. Osoby znajdujące się w pomieszczeniu były nieziemsko piękne. Kobiety wyglądające jak modelki tańczyły na parkiecie w skąpych ale drogich strojach. Poczułam wdzięczność do Rebeki za to, że kupiła mi drogą sukienkę, a nie jeansy. Mężczyźni byli wysocy i dobrze zbudowani. Ze zdziwieniem odkryłam, że wszyscy obecni w pomieszczeniu to…
- Wampiry… - Wyszeptałam zdziwiona. Choć sama byłam jedną z nich i znałam kilka starszych od siebie wampirów, jednak nigdy nie widziałam ich tyle w jednym miejscu. Było ich może około dwudziestu. Klaus rzucił mi rozbawione spojrzenie, a następnie odwrócił wzrok. W naszą stronę na wysokich czarnych szpilkach kierowała się ponętna ruda dziewczyna. Jej obcisła czerwona sukienka sięgała ledwo do połowy ud, odsłaniając szczupłe i długie nogi. Góra stroju leżała idealnie uwydatniając spory biust. Wampirzyca rozchyliła usta w uśmiechu.
- Już myślałam, że dziś się nie pojawisz. – Złapała go za ramię wpychając się między nas. A co to ja powietrze? Odchrząknęłam ale ona to zignorowała, Klaus natomiast chyba tego nie usłyszał. Ruda dziewczyna nachyliła się nad jego uchem i zaczęła coś szeptać. Zaczęłam rozumieć co Kol miał na myśli mówiąc o ładniejszych kobietach. Jeśli ktoś gustuje w pieniądzach chodzących na szczudłach, pomyślałam kąśliwie. Mój humor pogorszył się jeszcze bardziej kiedy przypomniałam sobie o rudowłosej dziewczynie z przeszłości Klausa. A może to ona? Podniosłam wzrok ale ich nie było już koło mnie. Zabiję go! Po co przyprowadza mnie w takie miejsca? Jeśli chce się zabawić to niech to robi z dala ode mnie. Chciałam już wyjść ale zauważyłam go przy jednym ze stolików. Uśmiechnął się do mnie kiedy spojrzałam mu w oczy. Niedoczekanie jego jeśli myśli, że będzie się nim dzielić z tym kosmatym rudzielcem! Podeszłam do stolika. W tym samym momencie rudzielec wrócił z dwoma drinkami. Jeden podała Klausowi, uśmiechnęłam się. Jestem Caroline Forbes - zdobywczyni tytułu Miss Mystic Falls! Zabrałam jej drugi napój z ręki.
- Miło z twojej strony. – Uśmiechnęłam się do niej promiennie. Spojrzała na mnie gniewnie aby następnie uśmiechnąć się uroczo.
- Przepraszam. Nie zauważyłam cię. Chyba się zgubiłaś. Sala główna… - Zajęłam miejsce koło Klausa. Który wydawał się niesamowicie rozbawiony zanikłą sytuacją. Z nim też postanowiłam się policzyć.
- Och. Przepraszam ale bardzo rzadko nawiązuję nowe znajomości. Robię to tylko wtedy kiedy uznam iż dana osoba jest na poziomie… - Zlustrowałam ją wzrokiem i skrzywiłam się teatralnie. – Na jakimkolwiek poziomie. – Dokończyłam. Jeszcze nigdy nie czułam się tak dobrze ubliżając komuś. Klaus wybuchnął Głośnym śmiechem. Udając, że mój kieliszek wyślizga mi się z ręki wylałam mu zawartość na koszulkę. Jego śmiech na chwilę ucichł. Spojrzał na mnie i widząc moją naburmuszoną minę znów wybuchnął śmiechem. Zirytowana wyrwałam mu kieliszek z ręki i powtórzyłam tę czynność tym razem wylewając napój na jego głowę.
- Następnym razem ja wybieram lokal! – Syknęłam i wstałam. Mijając wampirzycę potrąciłam ją. Czułam jak całe napięcie gromadzone od mojej ostatniej kłótni z Klausem zeszło ze mnie. Uśmiechnęłam się. Elena była bezpieczna w domu, a zamartwianiem się o Kola postanowiłam zająć się jutro. Chciałam wyjść mając nadzieję, że Klaus pójdzie za mną, ale jakiś wysoki brunet zagrodził mi przejście.
- Można prosić? – Spytał niskim lekko zachrypniętym głosem. Poczułam palące spojrzenie Klausa na plecach.
- Oczywiście. – Uśmiechnęłam się uwodzicielsko i zaczęłam z nim tańczyć w rytm dudniącej muzyki. Ukradkiem spojrzałam w stronę Klausa. Nie wyglądał na zadowolonego. Zbliżyłam się jeszcze bliżej mojego partnera, tak, że teraz ocieraliśmy się o siebie. Nagle poczułam czyjąś rękę łapiącą mnie za podbródek. Delikatnym ale stanowczym ruchem zmusił mnie do odwrócenia się. Lustrował moją twarz a następnie pocałował mnie bardzo zaborczo. Miałam problemy z zebraniem myśli jednak po kilku sekundach zdrowy rozsądek wrócił. Odsunęłam się od niego i wymierzyłam mu policzek. Przez jego twarz przeszedł grymas zdziwienia i złości. W pomieszczeniu zrobiło się duszno, nie mogłam oddychać jakby coś uciskało mi klatkę piersiową. Moje oczy zaczęły piec. Musiałam stąd uciec. Odwróciłam się i pobiegłam w stronę drzwi. Wbiegając na główną salę czułam na sobie kpiący uśmieszek ochroniarza. Gdy znalazłam się na zewnątrz poczułam powiew chłodnego powietrza.  Wzięłam dwa głębokie wdech próbując się uspokoić. Oparłam się plecami o zimną ścianę i wtedy w drzwiach pojawił się Klaus. Jego mokra koszulka przykleiła się do ciała ukazując mięśnie klatki piersiowej, na jego włosach lśniły kropelki alkoholu. Nie byłam wstanie określić o czym myśli. Kiedy mnie zauważył podszedł do mnie.
- Co ty wyprawiasz? – Syknął co zbiło mnie z tropu. On nie miał prawa być zły!
- Co ja wyprawiam? To ty przyprowadzasz mnie do klubu tylko po to żeby spotkać się z dziewczyną! Nie musiałeś mnie tu przyprowadzać jeśli chciałeś być z nią sam na sam! To nie był mój pomysł aby wspólnie spędzić dzisiejszą noc! – Jego mina naglę stężała.
- Jesteś zazdrosna? – Był chyba zdziwiony i… zadowolony? A ty? Chciałam zapytać.
- Nigdy więcej tego nie rób! – Poczułam, że mój oddech znów staje się płytki.
- Czego Kochana?
- Nigdy więcej nie traktuj mnie przedmiotowo! – Tym razem to ja zbiłam go z tropu.
- Nigdy cię tak nie traktowałem!
- Więc dlaczego pocałowałeś mnie na oczach tamtego wampira? Zrobiłeś to jakbyś chciał podkreślić, że jestem twoja. A ja nie jestem twoją własnością! Nie jestem niczyją własnością! – Słony płyn zaczął lecieć po moich policzkach.
- Przepraszam Aniele. Nie pocałowałem cię ponieważ chciałem pokazać, że jesteś moja. Nigdy nie chciałem, żebyś tak to odebrała. – Spojrzałam mu w oczy. – A co do Giny, to nie musisz być zazdrosna. – Uśmiechnął się. – Aktualnie łączą nas tylko interesy.
- Nie jestem zazdrosna! – Skłamałam. – Aktualnie? – Przekręcił oczami i się roześmiał.
- Co chcesz teraz robić? Oczywiście jeśli w ogóle chcesz mnie jeszcze oglądać. – Zastygł oczekując na moją odpowiedź.
- Muszę się napić. Ale Nie tutaj! – Dodałam szybko.
- Naturalnie.
Poszliśmy do baru. Klaus zamówił nam kolejkę. Śmialiśmy się i rozmawialiśmy, a potem urwał mi się film.
Klaus:
Położyłem Caroline na moim łóżku. Wyglądałam pięknie, ale była zapewnię bardzo zmęczona. Przyglądając się jej zacząłem zastanawiać się nad wszystkim co się dziś zdarzyło. Najpierw Kol który przerwał nam, ale mimo wszystko ucieszyłem się na jego widok. Od 4 lat nie odzywał się do mnie. Co prawda to ja kazałem mu się trzymać z dala ode mnie ale to on zaczął. A potem to dziwne zachowanie Gine. Dawniej łączyło nas coś więcej ale teraz to były tylko interesy. Czy to sprawa Kola? Dlaczego tak bardzo nie chciał zrozumieć co on czuję do tej dziewczyny? Dlaczego jako jedynemu z rodziny to przeszkadza?
A najgorsze było to, iż dziś zupełnie zapomniałem o tym, że Caroline nie jest moja. Więc kiedy zobaczyłem ją tańczącą z tamtym facetem… Może Caroline miała rację, ale nie chciałem sprawić aby poczuła się przedmiotowo. Byłem jedynie strasznie zazdrosny. Nie chciałem aby ktoś inny jej dotykał.  Choć po wejściu do klubu zachowywałem się dość obojętnie jednak nie spuszczałem z niej oka. Nie sądziłem, że Caroline będzie zazdrosna. Czy ona nie wiedziała iż tylko ona się dla mnie liczy?
Położyłem się obok oddychającej miarowo dziewczyny. Już dziś mamy wrócić do tego małego miasteczka. Gdyby nie Caroline w ogóle bym tego nie rozważał. Nie mogę porwać już Eleny dla jej krwi. Nie mogę ze względu na nią. Włożyłem pojedynczy lok za jej ucho. Może uda mi się przekonać Caroline do wyjazdu. Moglibyśmy pojechać gdziekolwiek zechce, może nawet do Nowego Orleanu.
Dziewczyna poruszyła się niespokojnie, jej oddech przyśpieszył.
- Nie… Nik proszę nie…
- Cii… Jesteś bezpieczna. – Pogłaskałem moją ukochaną po policzku chcąc ją uspokoić. Najwyraźniej miała koszmary, ale dlaczego ze mną?
- Nie odchodź… - Wyszeptała a pojedyncza łza spłynęła jej po policzku. Pocałunkiem otarłem łzę.

- Nigdzie się nie wybieram. – Powiedziałem do niej szeptem. – Tak łatwo się mnie nie pozbędziesz. Nigdy. – Dziewczyna przekręciła się na bok i wtuliła we mnie. Jej oddech się uspokoił. 

niedziela, 8 czerwca 2014

Rozdział 26

Rozdział 26
Przeprasza, wiem że jest straaaaasznie krótki ale w ten weekend prawie nie ma mnie w domu.
Rozdział dedykuję wszystkim komentującym i zapraszam do komentowania. No i z góry przepraszam wszystkich którzy mieli nadzieję na inne zakończenie tej sceny ;p
Obiecuję wam, że kiedyś do tego dojdzie, ale jeszcze nie dziś.
Caroline:
Poczułam jak jego dłonie błądzą po moim ciele aby w końcu wylądować na moim biodrze. Moja sukienka zaczęła się unosić. Jego usta przeniosły się na mój dekolt. Chciałam powiedzieć, że nie powinniśmy, że nie tutaj, ale z moich ust wydobyło się tylko ciche westchnienie. Za chwilę zapomniałam jednak o wszystkich uprzedzeniach, liczył się tylko on. Nagle w powietrzu rozległ się donośny śmiech. Klaus zesztywniał na chwilę, jego mięśnie się napięły. Nie mogłam zobaczyć osoby do której należał śmiech, ponieważ Klaus stał tak blisko, że widziałam tylko jego klatkę piersiową.
- Masz jeszcze szansę uciec. – Klaus powiedział lekko zirytowanym głosem. W odpowiedzi znów usłyszałam śmiech. Nie zdążyłam nawet mrugnąć a Klausa już przy mnie nie było. Rozejrzałam się i zobaczyłam Hybrydę, który trzymał poza barierką, za gardło, młodego chłopaka o kasztanowych włosach. Na jego twarzy mimo groźnej sytuacji widniał olbrzymi uśmiech. Mój wciąż niespokojny oddech przyśpieszył.
- Klaus postaw go na ziemi! – Podeszłam bliżej.
- No nie mogę, twoja blond lala ci rozkazuje. – Zaśmiał się znowu.
- Klaus… - Blondyn niechętnie Przeniósł brata na odpowiednią stronę barierki i cisnął nim o ścianę wieży. Śmiech ucichł.
- No proszę. Klaus czyżbyś pozwalał sobą pomiatać? Oj ta mała laleczka tobą zawładnęła? Ni mogę w to uwierzyć, ale skoro to zaszło to tak daleko, dla twojego dobra muszę ją zab… - Nie zdążył dokończyć ponieważ Klaus właśnie uderzył go z całej siły. Kilka razy prosiłam aby przestali, ale to nie dawało żadnego rezultatu. Potem wszystko potoczyło się tak szybko, że nie widziałam już nawet kto obrywa. Po około dziesięciu minutach bardzo agresywnej walki obaj usiedli koło siebie pod ścianą. Obaj w podartych i zakrwawionych ubraniach, choć po ranach nie było już śladu.
- Co tu robisz? – Klausowi najwyraźniej już przeszło. Uśmiechał się teraz lekko.
- Wpadłem się przywitać i sprawdzić jak się miewasz, ale widzę, że całkiem dobrze. – Puścił oko w moją stronę. – Choć bywało lepiej. O na przykład ta ruda ze Szkocji, ta to była laska. – Poczułam ogromny ból w klatce piersiowej. Nigdy nie myślałam o tym jak wiele dziewczyn miał  Klaus przez całe długie życie.
- Co robisz tu tak naprawdę?
- Tak naprawdę? – Kol podniósł się z ziemi. – Miałem zamiar pojechać do następnego miasta, ale mój czarownik powiadomił mnie o Bece która szukała ciebie, czy tam znów jakiejś kopi Petrovej. A ponieważ nudziło mi się niemiłosiernie, stwierdziłem, że może już ci przeszło i poszlibyśmy na małe polowanko. Jak za dawnych dobrych czasów. Setka ofiar, hektolitry krwi, muzyka, alkohol i dziewczyny. Ty Blondi też możesz wpaść. – Puścił do mnie oko. Setki ofiar? Hektolitry krwi? Polowanie? Poczułam zawroty głowy. Przecież to nie możliwe. Mój Nik nie jest…
- I przeszkodziłeś mi tylko dla tego, że znudziło ci się życie które sam wybrałeś? – Odetchnęłam z ulgą widząc, że się dogadują i że nie zamierzają znów się bić. Poczułam potrzebę przemyślenia tego jak wiele kobiet przewinęło się przez łóżko Klausa.  Podeszłam do wind i nacisnęłam przycisk który ją przywoływał. Kiedy czekałam na windę uświadomiłam sobie, że na wieży nie ma nikogo oprócz naszej trójki. Drzwi do windy otworzyły się z charakterystycznym dźwiękiem. Rozmowa pierwotnych nagle się urwała. Szybko więc weszłam do windy i zahipnotyzowałam mężczyznę który uruchamiał windę aby od razu ruszył. Zanim drzwi jednak się zamknęły do windy weszli jeszcze obaj bracia.
- Gdzie idziesz Caroline? – Klaus był chyba zły, że tak po prostu sobie poszłam.
- Wracam do domu.
- Caroline? Znałem jedną… -Zaczął Kol.
- Zamknij się! – Syknął Klaus. – A co z obietnicą? – Zastanowiłam się przez chwilę.
- Kol będzie ci towarzyszył zamiast mnie.
- Ale o co ci chodzi?! – Właściwie nie wiedziałam. Czy chodziło o to, że jestem zazdrosna, czy może o to, że dowiedziałam się jak dawniej zachowywał się Klus. Ale czy ja tego wcześniej nie wiedziałam?
- Ha! Ona jest zazdrosna! – Krzyknął radośnie Kol, który wręcz emanował energią, najwyraźniej cała a sytuacja niezwykle go bawiła. Oboje z Klausem wstrzymaliśmy oddech. O czym on myśli? Na jego twarzy z początku nie mogłam nic odczytać. Oboje przyglądaliśmy się sobie przez pewien czas. Potem twarz Klausa rozjaśnił szeroki uśmiech.
- Może masz rację. – Zgodził się z Kolem. No nie! Tego było już za wiele! Wbiłam obcas w jego stopę. Klaus syknął.
- Możesz sobie pomarzyć! – Prychnęłam. Zauważyłam, że Klaus był teraz wyjątkowo radosny. Czy to za sprawą brata?
Kiedy przesiadaliśmy się do innej windy usłyszałam dźwięk czyjegoś telefonu. Klaus wyciągnął z kieszeni brzęczące urządzenie. To był telefon, z którego kontaktowałam się z Elijahem i Rebeką.
- Oddaj mi go! – Próbowałam wyrwać mu komórkę, jednak Kol mnie uprzedził.
- Halo? Elijah? Bracie, dawno się nie widzieliśmy. Wracamy jutro i spodziewam się przyjęcia powitalnego. – Chwila przerwy. – Caroline? Dlaczego akurat ją… - Przekręcił oczami i na wyciągniętej dłoni podał mi telefon który został przechwycony przez Klausa.
- Elijah? Czego chcesz od Caroline? – Przyglądał mi się uważnie słuchając słów brata. – Oczywiście, że nie. Skąd mam to wiedzieć. Po prostu się przypałętał i to w nieodpowiednim momencie, tak więc kiedyś go zabiję! – Spojrzał na brata. A potem oddał mi telefon.
- Halo?
- Caroline? Nic ci nie jest?
- Wszystko w porządku.
- Zostałaś z własnej woli prawda?
- Tak.
- Co tam robi Kol?
- Powiedział, że stęsknił się za polowaniami z Klausem, zabijaniem setek niewinnych ofiar i za zdobywaniem pięknych rudych dziewczyn. – Podkreśliłam szczególnie to ostatnie.
- Na pewno wszystko w porządku? Mogę załatwić ci lot za dwie godziny.
- Poradzę sobie. – Odmówiłam.
- W takim razie do jutra.
- Do jutra. – Rozłączyłam się. Weszliśmy do windy.
- Co dziś robimy? –Oboje spojrzeliśmy na Kola który najwyraźniej zamierzał z nami spędzić resztę dnia.
- Robimy? Nie sądzę aby nasze plany uwzględniały ciebie.
- Klaus nie widziałeś swojego brata od dawna. Możesz chyba poświęcić mu jeden dzień.
- Poświęciłem mu już o tysiąc dni za dużo. A dziś spędzam z tobą.
- Więc może wybierzemy się gdzieś we trójkę? – Nie wiedziałam czy sama tego chciałam.
- Więc może do baru? - Ucieszył się Kol.
- O tej porze? – Był jeszcze ranek.
- No to mogę was oprowadzić.
- Jakbym nie znał tego miasta. – Prychnął Klaus.
- Chyba dobrze się dogadujecie co?
- Nie.
- Tak. – Powiedzieli w tym samym czasie. Roześmiałam się.

- Rozumiem. Więc może wie ktoś z was gdzie znajdę  Arc de Triomphe?

sobota, 31 maja 2014

Rozdział 25

Rozdział 25
Kochane jest kolejny rozdział. Zacznę od dedykacji. No więc rozdział dedykuję mojej ukochanej i jedynej ArtisticSmile <3
oraz nowej komentującej justi. Dziękuję za komentarze i zapraszam do dalszego komentowania. Od poniedziałku do środy jestem na wycieczce szkolnej jednak to nie powinno mieć wpływu na cokolwiek, tak więc kolejny rozdział pojawi się najpewniej za tydzień.
Miłego czytania ;*
Caroline:
Niedługo po tym jak się rozłączyłam otrzymałam smsa z adresem. Spojrzałam na smartfona, włączyłam muzykę i zaczęłam przeglądać aplikacje. Jest! Włączyłam GPSa i wpisałam dokładny adres hotelu, który jak się okazało znajdował się na drugim końcu miasta. Miałam ochotę się przejść na spacer i trochę pozwiedzać, jednak chciałam także zobaczyć co z Eleną. Tak więc zdecydowałam się w końcu na drugą opcję. Jak najszybciej dostałam się do hotelu. W recepcji Rebeka najwyraźniej już zdążyła podporządkować sobie całą obsługę za pomocą perswazji. Gdy tylko weszłam jakiś mężczyzna podbiegł do mnie i przywitał mnie serdecznie mówiąc już, że pani Rebeka czeka na mnie w pokoju 116 i uprzejmie wskazał mi drogę. Chciał nawet odprowadzić mnie pod same drzwi jednak dobitnie odmówiłam. Ku mojemu zdziwieniu drzwi do pokoju były zamknięte. Ciekawe co takiego może grozić pierwotnej, że musi zamykać drzwi na klucz. Zapukałam. Drzwi ze szczękiem otwieranego zamka uchyliły się delikatnie. Otworzyłam je szerzej.
- Dobrze, że jesteś bo ten sobowtór jest straszny. –Dobiegł mnie dźwięk z wnętrza. Zaśmiałam się w duchu.
- Wolisz moje towarzystwo? – Znajdowałam się w korytarzu z parkietem z ciemnego drewna i o beżowych ścianach. Prawie wszystkie dodatki były w kolorze złotym.
- Wolę abyś to ty jej pilnowała, bo nie ręczę za siebie!
- Caroline? – Usłyszałam znajomy głos przyjaciółki i poczułam jak kamień spadł mi z serca gdy zobaczyłam ją całą i żywą.
- Elena! – Przytuliłam ją mocno. Może nawet trochę za mocno, ponieważ Elena pisnęła z bólu. – Tak się cieszę, że żyjesz!
- Już myślałam, że o mnie zapomnieliście!
- Oczywiście, że nie głuptasie. – Odsunęłam się trochę od dziewczyny chcąc uważniej jej się przyjrzeć. O dziwo wyglądała całkiem dobrze nie licząc worów pod oczami. Nie wyglądała na głodzoną ani na kogoś kto był więziony, raczej na niewyspaną.
Miałyśmy sobie tyle do opowiedzenia, że nie zwróciłam nawet uwagi kiedy Rebeka wyszła z pokoju. Kilka godzin później wróciła.
- No ile można? – Spytała z irytacją. - Caroline nie mam zamiaru cię rano budzić. Jak się spóźnisz na samolot to twoja sprawa. – Powiedziała to tylko do mnie jakby Eleny tu nie było. Brązowowłosa nagle pobladła.
- Dlaczego ona mi pomaga? – Spytała szeptem kiedy pierwotna wyszła.
- Hmm też do końca tego nie rozumiem. Jednak nie musisz się niczego obawiać. Ona nie zrobi ci krzywdy. – Uśmiechnęłam się pocieszająco.
- Jak możesz tak mówić! Przecież to siostra Klausa! Oni oboje są takimi samymi potworami!
- Elena… Klaus cię uwolnił.
- I oddał w jej ręce? Co oni znowu knują? – Westchnęłam. Jak mogę wytłumaczyć komuś, kto został porwany, że jego porywacz nie jest taki zły jak mu się wydaje?
- Może Klaus się zmienił?
- Zmienił? Caroline nie opowiadaj bzdur. To morderca!
- Och czy możemy zmienić temat na trochę przyjemniejszy? – Elena przytaknęła i zaczęła wypytywać od nowa o wszystkich. Nie wiem nawet kiedy zasnęłyśmy, ale było to z pewnością po północy.
Klaus:
Drzwi nie były zamknięte więc bez zbędnego hałasu wszedłem do środka. Pokój oczywiście był najlepszy w całym hotelu. W pierwszej sypialni spała Rebeka zamknąłem więc delikatnie drzwi i zajrzałem za następne. Tam jednak nikogo nie było. Otworzyłem drzwi do ostatniej sypialni a tam znów nic. Była zupełnie pusta. Gdzie jest więc Caroline i jej irytująca przyjaciółka? Usłyszałem miarowe oddechy dochodzące z salonu. Rozejrzałem się po ciemnym pomieszczeniu które było rozjaśnione tylko przez światła wlatujące przez okno. Na wąskiej kanapie spały dwie postacie, mnie interesowała tylko jedna z nich. Jej blond włosy były rozrzucone wokół jej twarzy, a jeden lok opadł jej na policzek i usta. Jej oddech był spokojny, jej usta lekko rozchylone. Jedyne co powstrzymywało mnie przed pocałowaniem jej była nasza ostatnia kłótnia, no i może trochę brązowowłosa dziewczyna obok. Dzięki jej krwi udało mi się stworzyć dziesiątki hybryd a wciąż zostało mi jeszcze trochę tego życiodajnego płynu. Usiadłem na krześle niedaleko kanapy wpatrując się w mojego Anioła, próbując zapamiętać każdy pojedynczy detal jej twarzy i zastanawiając się jak młoda wampirzyca zareagowałaby na mój pocałunek. Była by zła? A może nie? Zaśmiałem się w duchu myśląc, że cokolwiek bym ustalił ona i tak by mnie zaskoczyła. Siedziałem tak całą noc.
Przekręciła się na drugi bok próbując zmienić niewygodną pozycję. Kanapa okazała się jednak za mała i sekundę później moja Ukochana leżała na podłodze. Zaśmiałem się, a ona słysząc to poderwała się z podłogi.
- Dzień dobry Caroline. Wygląda na to, że się nie wyspałaś. – Spojrzała na mnie zdziwiona a ja odpowiedziałem jej wesołym uśmiechem. Ciszę między nami przerwał wrzask Eleny, która na mój widok przeskoczyła przez oparcie i podbiegła do najbliższego stolika próbując oderwać drewnianą nogę.
- Elena uspokój się. – Caroline mówiła bardzo spokojnie.
- On chcę mnie zabrać!
- Nie pochlebiaj sobie sobowtórze. – Prychnąłem. – Przyszedłem zabrać Caroline.
- Jak to? – Zdziwiła się dziewczyna jednak ją zignorowałem.
- Gotowa?
- Gotowa? Na co? – Wampirzyca nie wiedziała najwyraźniej o co mi chodzi.
- Obiecałaś mi, że spędzisz ze mną cały dzień w zamian za życie mojej hybrydy. - Dziewczyna przez chwilę nad czymś się zastanawiała. – Czyżbyś zmieniała zdanie?
- Oczywiście, że nie. Po prostu pomyślałam, że to ty zmieniłeś zdanie. – Chciałem coś powiedzieć jednak Gilbertówna znów wcięła się w rozmowę.
- Caroline nie idź! On cię zabije!
- O mamy zebranie a nikt mnie nie zaprosił. – Moja siostra stała w progu.
- Beka. – Przywitałem ją.
- Nik. – Odpowiedziała z uśmiechem. Cała ta sytuacja najwyraźniej ją bawiła.
- Wiedziałam, że to zasadzka! Teraz zabiją nas obie! – Krzyczała szatynka. Wstałem już aby ją uciszyć jednak Beka była szybsza.
- Zamknij się bo inaczej rozszarpię ci gardło.
- Rebeka! – Zawołała zbulwersowana Caroline.
- Pójdziemy dziś na zakupy? – Powiedziała do blondynki  jakby nigdy nic. – Potrzebuję porady i tragarza. – Wyjaśniła szybko wyczuwając jej zdziwione spojrzenia. Zaśmiałem się głośno. No proszę, czyżby Beka polubiła Caroline?
- Nie tym razem. Dziś Caroline spędza ze mną cały dzień. – Siostra spojrzała na mnie ze zdziwieniem i wyrzutem.
- Czyli nie wracamy dziś do Mystic Falls?
- Ty i Elena wracacie dziś, a my zostajemy.
- Jak to? - Tym razem to Caroline się odezwała.
- Kochana Elena z pewnością będzie wolała pojechać do domu i spotkać się z jej ukochanymi braćmi Salvatore.
- Zgoda, ale bądź dla niej miła. – Beka przekręciła tylko oczami.
- Gotowa? – Spytałem patrząc na poczochrane włosy i pomięte ubranie z wczoraj, w którym młoda wampirzyca i tak wyglądała pięknie.
- Muszę się jeszcze umyć i ubrać. - Zatrzymała się.
Caroline:
Zupełnie zapomniałam, że nie mam nic do ubrania.
- Ubrania położyłam ci na łóżku. Myślę, że mamy podobny rozmiar.
- Skąd masz tu ubrania?
- Wczoraj kupiłam. – No tak, Rebeka wyszła na parę godzin.
- Dzięki. – Poszłam do sypialni i wzięłam stertę idealnie poskładanych ubrań jeszcze z metką. Weszłam do łazienki i od razu odkręciłam wodę pod prysznice, zanim jeszcze weszłam. Czy Elena może jechać z Rebeką? Pierwotna dała słowo Elijahowi, że przywiezie ją całą i zdrową. A czy ja mogę zostać tu sama z Klausem? Weszłam pod prysznic. Kiedy skończyłam się kąpać przyjrzałam się dokładniej rzeczą zakupionym przez Rebekę. Była to zwiewna, kremowa sukienka na ramiączkach sięgająca mi raptem do ud. Jej dekolt nie był za duży, lecz ramiączka krzyżowały się na prawie całkiem odsłoniętych plecach. Była bardzo lekka i pasowała na mnie idealnie. Rebeka może i ma dobry gust i prawdopodobnie normalnie mogłabym chodzić w takiej sukience, ale czy przy Pierwotnym również mogę ją nosić? Do tego Rebeka przyszykowała różowe szpilki i żadnego sweterka! Założyłam na siebie ten strój i przeczesałam włosy grzebieniem który prawdopodobnie należał do siostry Klausa. Na koniec cieniutki brązowy pasek, który sprawił, że cała sukienka nabrała jeszcze większego uroku. No trzeba przyznać, że jest piękna, ale ja nie idę na randkę, a jedynie spełniam warunki Klausa. Ale czy na pewno? Oderwałam wszystkie metki starając się nie patrzeć na ceny oraz znaczki firmowe znajdujące się na nich. Nigdy wcześniej nie nosiłam na sobie tak drogich i znanych ubrań.
- Moje kosmetyki leżą na umywalce, więc jeśli musisz, to możesz ich użyć. – Rebeka stała pod drzwiami. Skorzystałam z jej propozycji widząc podkrążone oczy w moim lustrzanym odbiciu. Gdy byłam już gotowa wzięłam głęboki wdech i wyszłam z łazienki.
- Wiedziałam, że będzie na ciebie pasować. – Usłyszałam jej zadowolony szept. – Choć miałam nadzieję, że założysz ją na zakupy ze mną, a nie randkę z nim. – Powiedziała urażona. Spojrzałam na Klausa czekając aż wyprowadzi swoją siostrę z błędu. On jednak nic nie powiedział lustrując mnie jedynie zachłannym wzrokiem. Jego oczy były ciemniejsze niż zwykle, a ja pod jego wzrokiem poczułam się całkiem goła. Zaczerwieniłam się na policzkach.
- Pięknie wyglądasz. – Powiedział lekko zachrypniętym głosem.
- Kiedy macie samolot? – Spytała Rebeka.
- Jeszcze nie wiemy. – Klaus nie spuszczał za mnie wzroku.
- Idziemy? - Spytałam nie mogąc znieść już jego spojrzenia.
- Oczywiście. – Otworzył przede mną drzwi.
- Do zobaczenia w domu! – Zawołała Rebeka, a ja zupełnie zapomniałam o obecności Eleny która skulona w kącie nic nie mówiła. Drzwi za nami się zamknęły.
- Gdzie idziemy?
- Najpierw na śniadanie.
- Na śniadanie? – Nie sądziłam, że Pierwotny o tym pomyśli. Pokiwał zamyślony głową.
- Jesteś na mnie jeszcze zła?
- Nie. Uwolniłeś Elenę i oszczędziłeś Alexa. Ale został jeszcze Elijah. Kiedy zamierzasz go uwolnić?
- Uwolnię go, jeśli spędzisz ze mną noc. – Wciągnęłam gwałtownie powietrze i zatrzymałam się.
- Zwariowałeś?! – Zaśmiał się.
- Nie to miałem na myśli. Chodziło mi raczej o twoje towarzystwo. Możemy iść na przykład do klubu.
- Aha. – Odetchnęłam z ulgą, a może też z rozczarowaniem?
- Jesteśmy na miejscu. –Rozejrzałam się. Staliśmy przed uroczą restauracją. Weszliśmy do środka. Klaus powiedział coś po francusku do kelnera który zaprowadził nas do stolika dla dwóch osób, pod oknem. Klaus odsunął mi krzesło, a następnie gdy już usiadłam zajął miejsce naprzeciw mnie. Kelner coś powiedział w swoim ojczystym języku, Klaus pokiwał na to przecząco głową i powiedział coś pokazując dwa palce.
- Zamówiłeś coś, prawda?
- Tak.
- Ale co?
- Zobaczysz. – Uśmiechnął się do mnie. Przekręciłam oczami a następnie spojrzałam przez okno. Otworzyłam szerzej oczy. Restauracja znajdowała się prawie pod samą Wieżą Eiffla! Jak to możliwe, że wcześniej tego nie zauważyłam?
- Podoba ci się? – Usłyszałam brytyjski akcent. Klaus nachylał się nad stolikiem badając moją reakcję.
- Bardzo. – Tu naprawdę było pięknie.
- Mówiłem, że mogę cię tu zabrać. – Uśmiechnął się łobuzersko. Wróciłam wspomnieniami do jego słów wypowiedzianych na balu. „Zabiorę cię. Gdziekolwiek zechcesz. Rzym? Paryż? Tokio?”. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że jest najpotężniejszą istotą na ziemi.
- Ale ty mnie tutaj nie zabrałeś. Sama tu przyleciałam. – Drażniłam się z nim.
- Rozumiem, że jeśli następnym razem będę gdzieś jechać to mam cię zabrać ze sobą siłą i oszczędzić ci fatygi? – Zaśmiał się.
- Nie. Wystarczy, żebyś zapytał czy nie chciałabym z tobą jechać.
- A zgodziłabyś się? – Prawdopodobnie nie. I najwyraźniej oboje byliśmy tego świadomi. Na szczęście nie dane było mi odpowiedzieć ponieważ kelner przyniósł nasze zamówienie. Spojrzałam na stół. Przede mną stał ciepły i pachnący rogalik, kawa, masło, dżem oraz pokrojone owoce.
- Pięknie pachnie. – Wzięłam głęboki wdech a następnie zajęłam się jedzeniem. - Nie wiedziałam, że jadasz ludzkie jedzenie. – Zagadnęłam kiedy skończyliśmy jeść.
- Moja rodzina robi to od tysiąca lat. – Zawołał kelnera, który przyniósł ze sobą rachunek.
- Nie wiedziałam, że płacisz za cokolwiek. – To mnie naprawdę zdziwiło.
- Wydawanie pieniędzy to przyjemność, szczególnie na kogoś tak uroczego.
- Oddam wam wszystko. Za sukienkę, samolot i za śniadanie.
- Aż tak mnie nie lubisz? – W jego głosie słychać było rozbawienie.
- Nie rozumiem.
- Przed chwilą powiedziałem, że płacenie za ciebie to prawdziwa przyjemność, a ty chcesz mi zwracać pieniądze.
- Nie musisz za mnie płacić.
- Do tej pory miałem o tobie opinię inteligentnej kobiety, ale pomału zaczynam w nią wątpić. – Był rozbawiony.
- Ach tak? Twoim zdaniem inteligentne kobiety nie mogą za siebie płacić? – Grałam w jego grę.
- Nie. Uważam, że nie muszą. – Dałam za wygraną. Wyszliśmy z budynku i skierowaliśmy w kierunku wieży. Wyjechaliśmy windą na sam szczyt i to Klaus znów płacił, a ja nie mogłam wiele zrobić bo w końcu nie miałam przy sobie pieniędzy. Przed wyjazdem wydawały się nieważną drobnostką. Gdy stanęliśmy na samej górze poczułam przyjemne uczucie adrenaliny. Dawniej miałam lęk wysokości, ale odkąd jestem wampirem wysokość już mnie nie przerażała, a wywoływała wręcz podniecenie.
- Ależ tu pięknie! – Zaczęłam chodzić wzdłuż barierki podziwiając krajobraz. Przez cały czas czułam jego spojrzenie na mnie. – Spójrz tam widać tę restaurację w której jedliśmy. – Wskazałam na mały z tej perspektywy budynek. W odpowiedzi usłyszałam tylko mruknięcie, ale jego wzrok ani na chwilę się ode mnie nie oderwał. – Czy ty w ogóle podziwiasz?
- Oczywiście. – Zaśmiał się.
- Podziwiasz krajobraz?
- Tak i nigdzie nie ma piękniejszego. – Postanowiłam tego nie skomentować.
- Co to są tamte dwie wysokie wieże?

- To Notre Dame. A tam… - Stanął za mną i trzymając głowę koło mojej aby widzieć z mojej perspektywy wskazał palcem jakąś kopułę na wzgórzu. – Katedra Sacree  Coeur. Tam… - Nie mogłam się skupić. On stał tuż za mną,czułam jak jego koszulka dotyka moich gołych pleców, oddech na swoim policzku. Bezmyślnie odwróciłam się do niego. Nasze usta dzieliły zaledwie milimetry. Spojrzał w moje oczy  uśmiechnął się w dziwny sposób, to był uśmiech którego jeszcze u niego nie widziałam. Zaczął mnie całować najpierw delikatnie, lecz kiedy odwzajemniłam jego pocałunek, stał się bardziej zachłanny. Przyparł mnie do barierki. Całowaliśmy się tak długo, że zabrakło mi tchu. Kiedy na chwilę nasze usta się od siebie oderwały zdołałam wydusić tylko jego imię.

niedziela, 25 maja 2014

Rozdział 24

Rozdział 24
Już wróciłam. W skrócie było cudownie, gorąco polecam Paryż do odwiedzenia. Jest nowy rozdział. Dedykuję  go ArtisticSmile i dla odmiany laurkaa k. Zachęcam do komentowania i życzę miłego czytania.
Caroline:
- Może to tylko rysunek? – Tak bardzo chciałam w to wierzyć. Blondynka mnie zignorowała w wampirzym tempie razem z obrazkiem zeszła do piwnicy. Dogoniłam ją kilka sekund później.
- Musisz tam jechać.
- Ja też jadę. – Oboje spojrzeli na mnie.
- Zgoda. – Wykrzyknęła Rebeka. Trochę mnie zaskoczyła jej szybka reakcja. – No co? Nie patrz tak na mnie. Może przynajmniej w trumnie nie wyląduję jak ją ze sobą zabiorę. – Powiedziała widząc spojrzenie brata.
- Świetnie. - Uprzedziłam Elijaha. – Chociaż nie rozumiem twojego punktu widzenia. – Wampirzyca przekręciła oczami. - Ale najpierw musimy go stąd wyciągnąć. - Rebeka przytaknęła i zaczęła szarpać kraty. – Może sprowadzę jeszcze Salvatorów? – Rebeka na chwilę zesztywniała aby następnie znów wrócić do mocowania się z kratami.
- Z czego on to cholerstwo zrobił?
- Rebeka odpuść. Musicie się pośpieszyć. Pełnia już jutro. – Wtrącił się Elijah.
- Wrócę z kluczem i żywym sobowtórem.
- Pożyczcie mi telefon. – Automatycznie podałam mu mój. Wykręcił jakiś numer. Ale osoba do której dzwonił nie odbierała.
- Najbliższy lot jest za 3 godziny. – Rebeka sprawdzała coś na swoim telefonie.
- Idźcie już. Pośpieszcie się. Rebeka  proszę cię nie sprowokuj go.
- Tak, tak. Choć wolałabym jechać tam z tysiącem innych osób, jednak możesz mi się przydać. Ładuj się do auta.
Niedługo potem obie jechałyśmy w stronę lotniska w milczeniu. Muzyka leciała dość głośno z głośników, a ja cieszyłam się, że choć w jej rodzaju się zgadzamy.
Jakieś dwie godziny później po odprawie, której nie miałyśmy, ponieważ Rebeka zahipnotyzowała obsługę lotniska, siedziałyśmy już w samolocie w pierwszej klasie. Cisza wciąż panowała od wyjazdu z Mistyce Falls i była już nie do zniesienia.
- Mówiłaś, że nie znosisz Eleny. Więc czemu to robisz?
- Dla Nika. – Poczułam przyśpieszone bicie serca. Też kiedyś tak do niego mówiłam.
- Ale on przecież tego chce.
- On chce wielu rzeczy,  a czasami nie można mieć wszystkiego. Tym razem wybrał źle. – Mówiła spokojnie i łagodnie. Z taką rebeką mogłabym się nawet zaprzyjaźnić.
- Chyba nie rozumiem.
- To… - Nagle jej wyraz twarz stężał. – To nie twoja sprawa. – Powiedziała ostro.
- O co ci znowu chodzi?
- O nic. Po prostu miejmy to już za sobą. Za tydzień jest impreza szkolna z okazji rozpoczęcia roku szkolnego. Muszę wszystko zaplanować. – Zmieniła temat.
- Co?! Co tobie do tej imprezy?
- Zgłosiłam się do jej zorganizowania.
- Ale to moje zajęcie!
- Ty nawet nie chodzisz do szkoły. – Uśmiechnęła się złośliwie.
- Bo ja muszę ratować moich przyjaciół przed twoim bratem w czasie kiedy ty bawisz się w uczennicę!
- O przepraszam ale to nie jest tylko mój brat ale także i twój chłopak!
- On nie jest moim chłopakiem! – Niestety nie był i wydawało się, że nie zamierzał. Pojechał do Paryża i nawet się nie pożegnał, a do tego porwał moją najlepszą przyjaciółkę.
- Czyli nie jesteście ze sobą? To znaczy wy nigdy… - Spytała już łagodniej.
- Nie! – Przerwałam jej. – Zresztą zamierzam wrócić już w ten poniedziałek do szkoły. Nie musisz się martwić o wystrój. – Powiedziałam oschle. Co jej do mojego życia. Co ją obchodzi z kim sypiam, a z kim… nie.
Podróż ciągnęła się niemiłosiernie, ale w końcu stanęłam na płycie lotniska. Rebeka wyciągnęła swój telefon i wybrała jakiś numer. Jej rozmowa nie trwała długo. Potem zamówiła taksówkę.
- Wsiadaj jedziemy spotkać się z moim czarownikiem.
- Masz tu własną czarownika? – Złość już mi trochę przeszła.
- Oczywiście, że tak. Czasami bywam tu na zakupach.
- Acha.
Dojechałyśmy do jednej z dzielnic Paryża. Odludna i brudna, to miejsce zupełnie nie pasowało do Rebeki.
- Jesteś. – Usłyszałam za sobą skrzekliwy głos starszego mężczyzny. Odwróciłam się. Miał on może z 70 lat.
- Mark. Potrzebuję dowiedzieć się, gdzie jest sobowtór Kateriny Petrovej.
- Potrzebuję coś co należy do niej.
- Czy włosy Petrovej wystarczą? Wcześniej tak ją znaleźliśmy. - Mężczyzna pokiwał głową i przyjął od dziewczyny białe zawiniątko. W środku znajdował się brązowy pukiel włosów. Rozłożył mapę i położył tam włosy. Słowa które wypowiadał stawały się coraz głośniejsze. Włosy przemieszczały się po całej mapie aby w końcu zatrzymać się w jednym miejscu. – Cudownie.
- Wiesz gdzie to jest?
- Tak. Rozdzielimy się i pójdziemy z dwóch stron. - Wskazała na mapę. – Ty tędy, a ja tędzy. Spotkamy się na miejscu.
- Dobrze. Ale ja nie znam tych ulic. – Ale ona już zniknęła, czarownik z mapą zresztą też. Wydawało mi się, że wyczuwam jeszcze czyjąś obecność, ale wokół mnie panowała pustka. Ruszyłam pomału w stronę główniej ulicy. Po około 10 minutach natrafiłam na punkt informacji i kupiłam tam mapę. Skręciłam w lewo mając nadzieję, że dobrze ją zorientowałam. Gdyby nie powód dla którego tu jestem prawdopodobnie skakałabym teraz z radości. Byłam w Europie! W Paryżu! Spojrzałam w górę szukając Wieży Eiffla. Nade mną królowały jednak tylko szare i brudne dachy starych kamienic. Po około 20 kolejnych minutach stwierdziłam że się zgubiłam. Już miałam sięgnąć po telefon i zadzwonić do Rebeki gdy usłyszałam za sobą jakiś ruch. Moje serce zabiło szybciej. Co jeśli to Klaus? Tak strasznie chciałam go zobaczyć, ale nie wiedziałam co mogłabym mu powiedzieć. Z za rogu wyłoniła się grupka młodych mężczyzn.
- Spójrzcie kogo my tu mamy. Co taka piękna laleczka robi tutaj? Nie wiesz mała, że tu podobno grasują wampiry? – Zaśmiał się jeden z nich. Obnażyłam wampirze kły chcąc ich wystraszyć. – O wampirzyca.
- Ale ścieżynka. Pachnie jeszcze jak człowiek. – Zauważył drugi.
- Może się zabawimy panowie? – Trzeci już ruszył w moją stronę.
- Nie radzę! Przede mną stanął jakiś mężczyzna. Był ode mnie wyższy i teraz widziałam tylko jego plecy. Przez chwilę pomyślałam o Klausie. Ale to nie jego głos słyszałam.
- A ty kto? – Nie widziałam który z nich o to zapytał.
- To kim jestem nie ma znaczenia.
- Masz racje. Nie ma. Ty jesteś jeden, a nas jest pięciu. Zginiesz i to jak się nazywałeś nie będzie miało żadnego znaczenia.
Pisnęłam gdy wszyscy ruszyli na mojego wybawcę. Byłam mu wdzięczna za ratunek, ale nikt nie będzie za mnie ginąć.
- Proszę tu zaczekać. – Zwrócił się do mnie i pobiegł do przodu.
- Proszę nie! – Ale on się nie odwrócił. Muszę mu pomóc. Muszę mu jakoś pomóc inaczej zginie. Podbiegłam do niego.
- Prosiłem abyś tam zaczekała! – Krzyknął na mnie. Ale ja go nie słuchałam. Rzuciłam się na jednego z moich oprawców. Udało mi się go zaskoczyć, ale moja przewaga nie trwała długo. Chwilę później udało mu się mnie powalić. Podniósł mnie i trzymając mocno za ręce odchylił moją szyję.
- Zostaw go bo ją zabiję. – Powiedział w kierunku mojego wybawiciela. Teraz mogłam mu się uważniej przyjrzeć. Miał czarne włosy i brązowe oczy. Był ubrany w skórzaną kurtkę i dżinsy. Pod jego nogami leżały trzy martwe ciała. Musiał być niesamowicie silny skoro udało mu się ich pokonać. W ręce trzymał czwartego za gardło. Jego koszulka była cała we krwi. Spojrzał na mnie z niepokojem a następnie na mężczyznę który trzymał mnie w żelaznym uścisku.
- Nie radzę.
- Próbujesz mi grozić? To ja tu jestem górą. Zrobisz jeden krok a wyrwę jej serce, choć może najpierw się pożywię? Choć jest wampirem, jej krew pachnie bardzo ładnie. – Czułam jego oddech na mojej szyi. Śmierdział alkoholem i cygarami. Brązowooki patrzył na tą scenę z czujnością w oczach, ale nie ruszył się ani o milimetr.
- Uciekaj! – Krzyknęłam mimo iż tego czego bałam się najbardziej to zostać teraz sama. Ale to było by samolubne.
- Nie posłuchasz swojej dziewczyny?
- To nie jest moja dziewczyna. – Odpowiedział wciąż spokojnym głosem wampir.
- A więc może wolisz ją nazywać swoją kobietą?
- To nie jest moja kobieta. - Nagle poczułam delikatne ukłucie na szyi które już miało się pogłębić, gdy wtem poczułam świst powietrza nad sobą.
- Ona jest moja. – Znałam ten akcent. Uścisk mężczyzny zelżał a jego głowa wylądowała pod moimi nogami. Krzyknęłam na widok wykrwawiającej się głowy bez tułowia. Spojrzałam na czarnowłosego ale on wciąż stał niewzruszenie wpatrując się w jakiś punkt za mną. Odwróciłam się automatycznie i zobaczyłam go. Stał przede mną na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło że uniosłabym ją, a mogłabym poczuć jego ciepło. Jego oczy przyglądały mi się czujnie, z troską i złością? Czyżby nadal był na mnie zły?
- Nic ci nie jest? – Złapał mnie mocno za ramiona i omiótł spojrzeniem.
- Co tu robisz? – Pokiwał przecząco głową.
- Co ty tu robisz?!
- Przyleciałam u… - Czy mogłam mu powiedzieć o ratowaniu Eleny? – Kiedy tędy szłam natknęłam się na grupkę wampirów którzy chcieli mnie zabić, ale on – kiwnęłam głową w stronę mojego wybawcy którego, imienia niestety nie znałam – uratował mnie.
Klaus spojrzał w kierunku młodego mężczyzny u którego stup leżało już cztery trupy. Poczułam jak jego mięśnie się napinają.
- Wydałem ci chyba proste polecenie! Miałeś chronić jedną młodą wampirzycę! – Polecenie? Chronić? Czyli Klaus przydzielił mi niańkę? Ale dlaczego? Przecież wyjechał! - A tak właściwie gdzie Paul?
- Został z Elijahem.
- To nawet lepiej. Sam się tobą zajmę.
- Co zamierzasz zrobić? – Stanęłam między nim a jego rozmówcą.
- Caroline… - Westchnął próbując mnie wyminąć. Ja jednak w zaparte wciąż stawałam przed nim.
- Chyba nie zamierzasz go zbić? – Pytałam nie rozumiejąc jego intencji.
- Oczywiście że zamierzam.
- Jak to?! Przecież on mnie uratował! Gdyby nie on to już byłabym martwa.
- Nie bądź śmieszna. Gdyby nie on to nikt nie dotykałby cię brudnymi łapskami! – Wyminął mnie w końcu i ruszył na wampira.
- Klaus. Klaus! Klaus!! – Szedł dalej jakby nie słyszał. Złapałam go za koszulkę i dopiero to dało pożądany skutek. Zatrzymał się i przez chwilę w ogóle się nie poruszył. Potem obrócił się delikatnie w moją stronę tak, że prawa ręka, którą wciąż trzymałam jego koszulkę, oplatała go jak w uścisku. Chciałam odsunąć się o krok, ale on oparł swoją bronę o moją głowę i westchnął ciężko.
- Takie są zasady, Kochana, ten kto nie wypełni polecenia ginie.
- Nie sądziłam, że przestrzegasz jakiekolwiek zasady. – Delektowałam się jego ciepłem, jego zapachem, bojąc się że ta chwila szybko się skończy.
- To moje zasady Caroline.
- Zasady są po to żeby je łamać. – Poczułam jak się uśmiecha.
- Mam łamać własne zasady?
- Ty łamiesz wszystkie zasady.
- Zgoda. Ale pod jednym warunkiem.
- Jakim?
- Spędzisz zemną cały  jutrzejszy dzień.
- A tak naprawdę? – Spojrzał na mnie poważnie. – Skoro to twój jedyny warunek za jego życie, to zgoda. – Powiedziałam po krótszym zastanowieniu. – Czy teraz może już iść?
- A co chciałabyś zostać ze mną sam na sam? – Uśmiechnął się łobuzersko.
- Nie po prostu nie wiem jak szybko zmieniasz zdanie.
- Nie. Jeszcze nie może. – Odsunął się ode mnie i podszedł do mężczyzny. – Tym razem masz szczęście, ale jeśli jeszcze raz zawiedziesz zginiesz. Teraz Alex możesz wrócić do Paula. – Wampir skinął głową i bez słowa zniknął z mojego pola widzenia.
- Dlaczego jesteś tu sama?
- Nie jestem tu sama! – Podniósł brwi ze zdziwienia.
- Ach tak? Więc kto przyleciał z tobą?
- Rebeka.
- Jakoś jej tu nie widzę. Zostawiła cię tu samą?
- Nie jestem dzieckiem Klaus. Nie potrzebuję niańki!
- Ale ochroniarza najwyraźniej.
- Skoro sam zacząłeś temat to może wyjaśnisz mi dlaczego twoja hybryda, jak przypuszczam, mnie śledziła?
- Dla ochrony.
- Jestem wampirem Klaus!
- Oni też byli. Mogłaś zginąć.
- Och proszę cię! Przydzieliłeś mi go już w Mystic Falls! Nie mogłeś przewidzieć, że tu przyjadę, a tam jestem bezpieczna.
- Więc dlaczego tu przyjechałaś?
- Nie udawaj, że nie wiesz! Porwałeś Elenę!
- Już dość dawno temu. – Jego ton głosu stawał się coraz mniej przyjazny.
- Ale dopiero teraz zamierzasz zabić ją jutro o północy!
- Czy ciebie nie obchodzi nic poza Gilbertówną?!
- Mogłabym spytać cię o to samo! Porwałeś ją, potem zabrałeś tutaj i zamierzasz zabić!
- Czy naprawdę nie ma żadnych innych tematów do rozmowy które przychodzą ci teraz na myśl?! – Był zły.
- Może wolisz porozmawiać o Elijahu?! O tym jak go potraktowałeś? Zamknąłeś go w celi!
- Wiem o tym doskonale. Nie musisz mnie o tym informować.
- Och świetnie. A może powiesz mi łaskawie dlaczego zamykasz własnego brata w więzieniu! – Cisza. – Teraz nie masz nic do powiedzenia?
- Dlaczego zwróciłaś się do niego o pomoc? – To pytanie mnie zaskoczyło.
- Ponieważ ty nie chciałeś mi pomóc a on tak. Czuję że mogę na niego liczyć w odróżnieniu od ciebie!
- Och czyżbyś coś do niego czuła? – Zakpił wcale się nie uśmiechając. – Może już się całowaliście? – Spoliczkowałam go.
- Jak śmiesz. – Nie mogłam uwierzyć że to powiedział. – Nawet jeśli to nie twój interes! – Usłyszałam jakiś ruch. Drogą niedaleko nas szedł chłopak mniej więcej w moim wieku ze słuchawkami na uszach. – To z kim się całuję to wyłącznie moja sprawa! Mogę całować kogo mi się żywnie podoba. – Na potwierdzenie moich słów podbiegłam do chłopaka, pocałowałam go w usta i kazałam odejść. Klaus przez chwilę stał w miejscu aby następnie ruszyć na chłopaka.
- Ani się waż! – Stanęłam mu na drodze. – Jaki ty masz problem?!
- Żaden! – Był wściekły. – A więc całowałaś się z Elijahem?!
- Nie jestem twoją własnością Klaus! Nie jestem niczyją własnością! Nigdy więcej tak nie mów! – Nawiązałam do jego poprzednich słów. - Nie wiem jaki związek ma to z całowaniem! Jakim prawem wtrącasz się w moje życie!
- Masz rację. – Wysyczał przez zęby i odwrócił się na pięcie.
- Stój! Jeszcze z tobą nie skończyłam! Przyleciałam tu aby uwolnić Elenę. Gdzie ona jest?! – Pokiwał głową z rezygnacją i z całej siły kopnął metalowy śmietnik, a następnie zniknął.
Klaus:
Dlaczego nie mogłem po prosu odpuścić? Przecież wiedziałem, że nic między nimi nie zaszło. Elijah dał mi swoje słowo. Zawsze mogłem mu ufać, ale czy nadal? Wyciągnąłem telefon z kieszeni.
- Alex masz nową szansę, ale tym razem nie zniszcz jej! Masz znaleźć Caroline i dalej jej pilnować. Daję ci na to pół minuty inaczej za minutę pożegnasz się z głową! – Rozłączyłem się zanim zdążył coś odpowiedzieć. Wyostrzyłem słuch i usłyszałem ciche kroki kilka ulic dalej oraz muzykę.
- Mam cię. – Powiedziałem gdy znalazłem młodego chłopaka. – Nie myśl że to twój szczęśliwy dzień. Ona jest moja. – Pomyślałem o jej wściekłej minie gdyby usłyszała moje słowa. - Nikt inny nie będzie jej całował.
Wgryzłem się w szyję chłopaka i piłem dopóki jego ciało nie opadło bez życia. Kiedy odchodziłem z słuchawek wciąż leciała muzyka.
Caroline:
Dlaczego to nie może być prostsze! Jak ona znajdzie teraz Elenę? A może Rebece się udało? Sięgnęłam po telefon, ale kieszeń była pusta. Czyżby wyleciał podczas walki? Rozejrzałam się ale po telefonie nie było śladu. Gdzie ostatni raz go miałam? Na pewno w piwnicy, pożyczyłam go przecież Elijahowi… Musiał zostać u niego! Potrzebuję znaleźć jak najszybciej jakiś telefon. Na ulicy jak na złość nikogo nie było. Potrzebowałam dojechać do centrum. Tam jest dużo ludzi. Szłam tak chwilę aż napotkałam jakąś staruszkę. Kobieta nie miała komórki, ale pokazała mi drogę w stronę Wieży Eiffla. Czym bliżej centrum tym więcej ludzi minęłam. Jedna z dziewczyn szła właśnie sama ulicą. Podeszłam do niej i za pomocą perswazji zmusiłam do oddania telefonu. I co teraz? Przecież nie znałam numeru ani Rebeki ani Elijaha. Uderzyłam się otwartą dłonią w głowę. No tak mój numer! Wybrałam go pośpiesznie. Elijah odebrał po jednym sygnale.
- Tak?
- Elijah. – Odetchnęłam z ulgą.
- Caroline? Gdzie się podziewasz?
- Masz kontakt z Rebeką?
- Tak. Ma już Elenę. Prosiła aby ci powiedzieć, że masz do niej zadzwonić.
- Nie mam jej numeru.
- Zaraz ci go prześlę.
- Czyli Elena jest cała?
- Tak.
- Nie sądziłam, że pójdzie tak prosto. Hybrydy nie pilnowały Eleny?
- Nie zupełnie. Wszystko uzgodniłem wcześniej z Niklausem.
- Jak to? To on wiedział? Przez cały ten czas… Od jak dawna Elena jest na wolności?
- Od około godziny. Wszystko w porządku? – Nie nic nie było w porządku.
- Tak. Klaus od tak pozwolił ją zabrać?
- Może nie do końca, ale w końcu się zgodził. Powiedział, że robi to dla ciebie. – Nie wierzę. Dlaczego mi nie powiedział? Przecież gdybym wiedziała to nigdy bym na niego tak nie nakrzyczała.
- Prześlij mi jej numer. – Powiedziałam cicho i się rozłączyłam.
Chwilę później dostałam smsa. Wybrałam ten numer.
- Gdzieś ty była?!
- Zgubiłam się.
- Wiesz co by było, gdyby Nik się dowiedział, że zgubiłam cię w dzielnicy wampirów? – Dzielnica wampirów? Nie zapytałam o to jednak. Nic nie odpowiedziałam. – On wie prawda? Och szykuje się kłótnia. – Zaskoczył mnie jej lekko rozbawiony ton. - Powiedz gdzie jesteś to po ciebie wyjdę.
- Nie trzeba. Sama trafię.

- Nie żebym przejmowała się twoim życiem, ale znam jednego którego to obchodzi… Jesteś pewna że nic ci nie będzie? – Chyba słyszałam nutkę troski w jej głosie, ale ponieważ ten pomysł był absurdalny od razu wyrzuciłam go z głowy.
- Poradzę sobie. Po prostu prześlij adres. - Następnie się rozłączyłam.