.

.
.

piątek, 3 października 2014

Rozdział 32

Rozdział 32
Kolejny rozdział... i jest pewna sprawa... otóż... Nie no nie mogę. Jeszcze nie powiem wam tego teraz. Miłego czytania :D
Klaus:
To nie mogło się dziać. Czułem że jestem wolny, czułem też że wszystko zepsułem. Straciłem ją.
- TY! Dlaczego to zrobiłeś! Miałeś zniszczyć mnie a nie ją!
- To był jedyny sposób. Z resztą sam ją zniszczyłeś.
- Kłamiesz! To twoja sprawka namieszałeś mi w głowie… w mojej głowie…
- Teraz już za późno. – Zaśmiał się. Poczułem przypływ gniewu i nienawiści jakich jeszcze nigdy nie czułem zarówno do niego jak i siebie. Nie zważając na ból ruszyłem w jego stronę.
- Zabiję cię! – Uchylił się a ja ledwo go zadrasnąłem.
- Nie rozumiesz? To ty jej to zrobiłeś. Nieraz wybuchałeś agresją ale ona ci przebaczała dlatego musiałem posunąć się dalej. Musiałeś złamać jej serce.
- Od jak dawna? Od jak dawna siedzisz w mojej głowie! To zaczęło się jeszcze przed Paryżem, a dokładniej… - Przez jego pierś przebiła się dłoń trzymająca zakrwawione serce.
- Od jak dawna! Co było prawdziwe! – Ponowiłem pytanie. Musiałem znać prawdę. Ale on nie odpowiedział. Padł na siemię martwy. Usłyszałem krzyk bólu mojej siostry, który chwilę później zamilkł. Elijah zabił czarodzieja.
- Rebeka. Zabiłaś naszego ojca. – Ze spokojem zauważył Elijah.
- Powinnam zrobić to już dawno temu. – Upuściła serce i wytarła dłoń. – Zabiję cię! – Rzuciła się na mnie. Nie odepchnąłem jej. Żyłem w świecie stworzonym przez Mikaela. Robiłem co chciał jak marionetka. Nie wiedziałem nawet od jak dawna. Jeszcze przed Paryżem… Czy wszystko co robiłem było jego sprawką? Czy może jedynie pojedyncze sytuacje? Poczułem ostry ból na policzku.
- Coś ty najlepszego zrobił! Widzisz to?! – Pomachała mi świstkiem papieru przed oczami. – Caroline…
- …uciekła. – Dokończył za nią Elijah.
- Albo gorzej… - Wyszeptała Beka. Nic nie rozumiałem. Albo gorzej? Spojrzałem na kartkę.
- Dlaczego tu stoicie? Dlaczego jej nie szukacie?!
- Właśnie uratowałam ci tyłek!
- To nie jest teraz ważne. – Widziałem świat jak przez mgłę a w głowie tworzył mi się plan. – Znajdźcie ją.
- A ty? – Elijah wyglądał na zaniepokojonego.
- Muszę to wszystko odkręcić. – Wybiegłem z domu. Musi już tak być. To postanowione.
Caroline:
Zamknęłam oczy i poczułam jak wiatr otula moją twarz. Otworzyłam jedną powiekę. Słońce przebijało się pomiędzy liśćmi. Niebo robiło się pomarańczowe. Właściwie to pewnie powinnam już wracać, ale siedzenie tu jest takie beztroskie. Nie mogłam tam udawać, że nic się nie stało, ale tutaj? Spojrzałam na misia siedzącego obok mnie pod drzewem.
- Misiu kończy nam się alkohol i coś czuję, że nie wiem co powinnam ze sobą zrobić. – Byłam nieśmiertelna i miałam całe życie przed sobą, tylko że ja nie chciałam żyć tak długo. Nie chciałam też teraz umierać. Było jeszcze tyle rzeczy które chciałam zrobić. Jeszcze kilka dni temu chciałam to zrobić z kimś wyjątkowym. Teraz nie miałam nikogo wyjątkowego. – Mogłam jednak się zabić. – Przechyliłam butelkę  wypiłam końcówkę butelki na raz. Poczułam, że kręci mi się w głowie. – Co ze mnie za wampir skoro upijam się tak łatwo? – Gdzieś w pobliżu usłyszałam szelest. Wampir… krew prosto z żyły, może powinnam jeszcze raz spróbować? W końcu teraz mam dobrą samokontrolę. Starając się jak najciszej podeszłam w miejsce hałasu i wyskoczyłam z za krzaka na mężczyzną stojącego niedaleko. On był jednak szybszy. Złapał mnie za gardło i przycisnął do drzewa. To musiało wyglądać naprawdę żałośnie. Młoda pijana wampirzyca atakuje z wyciągniętymi kłami pierwotnego.
- Caroline! – Zdziwił się na mój widok, i puścił moją szyję. Zachwiałam się, a on mnie podtrzymał.
- Czy ty nawet do lasu chodzisz w garniturze?
- Nic ci nie jest?
- Szczerze? To chyba jakiś drewniany kolec wbił mi się w stopę i strasznie mnie boli.
- Caroline! Caroline!
- Beka! – Wybełkotałam. – Zauważyłeś, że ostatnio ciągle was razem widuję? Yyy nie zaraz ty nie mogłeś tego zauważyć. – Zachichotałam, a kiedy przestałam zaczęła mi się czkawka.
- Znalazłeś ją! – Beka podeszłą.
- To ona mnie znalazła.
- Zatako…hik Zaatakowałam go…hik – Pochwaliłam się własną głupotą.
- Czy ona wyłączyła uczucia? – Rebeka wydawała się przerażona.
- Nie sądzę aby doprowadziła się do takiego stanu gdyby je wyłączyła.
- Słuszna…hik uwa…hik…ga. – Skąd ja w ogóle wzięłam alkohol?
- Zabierzmy ją teraz do domu.
- Hik. Do czyjego?
- Dobre pytanie.
- Klaus kazał ją znaleźć i powiedział że ma jakiś plan. Musimy mu zaufać. Sama słyszałaś, co powiedział ojciec. To nie on to zrobił. Czarodziej siedział w jego głowie.
- Ja hik nie chcę do niego hik. On mnie nie lubi hik.
- Ciii choć z nami. – Poszłam bo w sumie było weselej z kimś iść przez las. Zapomniałam jedynie o misiu który siedział sobie samotny, ale obiecałam sobie że po niego kiedyś wrócę. Weszliśmy do wielkiego domu pierwotnych.
- Hik. – Chciałam coś powiedzieć ale czkawka ciągle mi przeszkadzała. – Mogę hik spać na kanapie? Hik. - Położyłam się na wygodnym meblu. Pojrzałam na Elijaha i Rebekę znikających za drzwiami do kuchni. – Tak się zastanawiam. Hik. Co pierwotni hik mają w lodówce. Hik. Samą krew czy może też hik ludzkie jedzenie?
Główne drzwi się otworzyły. Usłyszałam znajome kroki coś kuło mnie w środku, jednak alkohol który wypiłam hamował moje wszystkie racjonalne myśli.
- Przyszedł hik pan i władca hik tego domostwa hik. – Roześmiałam się z własnych słów. Elijah i Rebeka wyszli z kuchni. Klaus stanął w progu salonu a za nim stała Bonnie.
- Bonnie! – Krzyknęłam uradowana i podniosłam się szybko z kanapy. – Ale wam się ten dom kręci… - Złapałam się za głowę a drugą potrzymałam.
- Zostawcie nas na chwilę samych. – Zarządziła Klaus.
- Tak jest kapitanie! Hik. – Zrobiłam krok i potknęłam się. Klaus mnie złapał i szybko posadził na kanapie.
- Nie chcesz mnie dotykać. – Zauważyłam z urazą.
- Wyjdźcie! – Krzyknął a oni go posłuchali. Zaczęłam się podnosić.
- Ty nie! – Powiedział trochę za ostro.
- Nie krzycz na mnie! – Zachowywałam się jak pięciolatka.
- Przepraszam. – Szepnął i już chciał mnie złapać za ręce ale w ostatniej chwili się odsunął.
- Wiesz hik. Właśnie sobie hik przypomniałam hik że miałam cię nie lubić hik.
- Wiem Kochana.
- Traktujesz mnie hik jak małe dziecko! – Poskarżyłam się.
- Nigdy. – Zaprzeczył. – Przepraszam.
- Za co?
- Za wszystko i za to. – Popatrzył mi w oczy a ja poczułam się dziwnie. Widziałam tylko jego tęczówki i zmieniające się źrenice.
- Caroline będziesz teraz grzeczną dziewczynką i zrobisz co ci powiem. Otrzeźwiejesz i porozmawiasz ze mną. Dobrze? – Uderzyłam do w policzek.
- Chyba wytrzeźwiałaś.
- To za grzeczną dziewczynkę, a to - wymierzyłam mu drugi policzek – za tą twoją Clary! A to za to, że użyłeś na mnie perswazji. A to… - Złapał mnie za nadgarstki.
- Przepraszam. To wszystko moja wina. Mój ojciec nienawidził mnie tak bardzo. Mogłem się domyślić, że wykorzysta moją jedyną słabość, żeby mnie zniszczyć. Naprawdę przepraszam. – Przypomniały mi się słowa Elijaha z lasu. Wyrwałam pięści z jego uścisku i zaczęłam z całej siły uderzać go w klatkę piersiową.
- To za to, że dałeś sobą tak łatwo manipulować. To za to, że się nie domyśliłeś. To za to, że uwierzyłeś w jego kłamstwa. – Zaczęłam szlochać. – A to za to, - uderzyłam go najmocniej jak potrafiłam i przewróciłam go tym samym na plecy lądując na nim – za to, że cię kocham i za to, że to tak strasznie boli. – Rozkleiłam się zupełnie.
- Ciiii
- Kochasz ją? – Wychrypiałam.
- Oczywiście, że nie. Kocham tylko ciebie. Dlatego…
- Ja też cię kocham.
- Dlatego też muszę sprawić, że zapomnisz. Wszystko. Na zawsze.
- Co? Dlaczego? Podniosłam się. Elijah mówił, że tak naprawdę to nie byłeś ty. Że to wasz ojciec. Myślałam, ze mnie kochasz.
- Kocham, ale skrzywdziłem cię tak bardzo, poza tym nie wiem jak długo nie byłem sobą. Może wszystkie twoje wspomnienia ze mną były kłamstwem.
- Ale teraz jesteś sobą! Prawda?
- Tak. Pocałował mnie w czoło. Myślałem, że to będzie inaczej wyglądało. Przykro mi Caroline. Życzę ci abyś odnalazła szczęście. Bonnie!
- Ale ja już je nalazłam. - Klaus wstał z kanapy. - Nie rób tego! Nigdy ci tego nie wybaczę słyszysz! Nigdy!
- Nie będziesz musiała. Zapomnisz o mnie.
Już maiłam mu odpowiedzieć, ale w powietrzu uniósł się głos Bonnie szeptający jakieś dziwne niezrozumiałe słowa. Puściłam się biegiem ale Klaus mnie zatrzymał i z powrotem usadził na kanapie.
- Beze mnie będziesz szczęśliwsza. Nawet nie wiesz ile świata czeka na ciebie. Ile przygód.
- Ale ja nie chcę… hik… - Poczułam się senna, czkawka znów wróciła. Ja nie chcę! Ja nie chcę. Ale czego? Czego nie chcę? Iść do szkoły? Z mamą na zakupy? Do Eleny na wieczór tylko dla dziewczyn? Przecież ja chcę. Chcę to wszystko. Chociaż może zabawniej było by zrobić dużą imprezę dla dziewczyn i chłopaków? W końcu nie mam już chłopaka. Rozstałam się z Tylerem już dawno temu. To była nasza wspólna decyzja. W końcu to było trochę szalone. Wampir i wilkołak w jednym związku? Przekręciłam się na drugi bok. Coś czuję, że za chwilę zadzwoni budzik. Otworzyłam oczy. O nie! Dlaczego nie zadzwonił! Nie mogę się spóźnić. Szybko ubrałam się i wybiegłam z domu z książkami i listą przygotowań do piątkowej imprezy. Podjechałam autem pod szkołę. Na parkingu spotkałam dziewczyny.
- Bonnie Bennett! Jesteś mi winna wyjaśnienia! – Dziewczyna ze zdziwieniem i strachem odwróciła się w moją stronę. Wymieniła przerażone spojrzenie z Eleną. - Miałaś wczoraj wieczorem zadzwonić i powiedzieć jaką zakładasz kreację w piątek żebym mogła nas wszystkie zgrać! – W jej oczach pojawiło się zrozumienie.
- Zupełnie mi to wyleciało z głowy. - Usprawiedliwiła się.

- A pro po wylatywania z głowy… - Dziewczyny znów się spięły. – Zaraz spóźnimy się na lekcje. I wyluzujcie trochę. Dziś nie piszemy żadnego sprawdzianu. – Zaśmiałam się i pobiegłam do szkoły.

środa, 17 września 2014

Rozdział 31

Rozdział 31
Przepraszam, że tak długo, ale zaczęłam właśnie liceum... i powiem wam, że jeśli ma być tyle nauki jak się zapowiada to ja się wypisuję! Zazdroszczę wszystkim, którzy już przeżyli ;p Bo krążą plotki że jakiś procent ma to szczęście :D
Nowy rozdział. Trochę specyficzny. Jak dla mnie trochę za bardzo dramatyczny... ale  musiałam.
Miłego czytania i KOMENTOWANIA :)
Caroline:
Przyglądałam się zawartości pudełka z niedowierzaniem. Spodziewałam się słodkiej sukieneczki. Natomiast przede mną leżała bluzka z baskinką, skórzane szorty oraz szpilki z ćwiekami. Wszystkie te rzeczy były czarne. Podniosłam kolejny liścik który znajdował się w środku.
„ Z takim ekwipunkiem musisz wygrać!”
Uśmiechnęłam się. A jakże by inaczej. W końcu mam prawie całą rodzinę pierwotnych po swojej stronie. Wzięłam długi prysznic i położyłam się do łóżka. Dziś chyba nie zasnę. Jak to będzie wyglądać? Klaus totalnie mnie unika a do tego sypia… sypia ze swoją pierwszą miłością. Nie wiem nawet jak udało mi się zasnąć.
Następnego dnia rano ubrana stanęłam przed rezydencją pierwotnego. Serce biło mi jak oszalałe. Do puki miałam jeszcze odwagę zmierzyć się z Klausem twarzą w twarz zapukałam głośno w drzwi.
- Czego znowu zapomniałeś Kol? – Klaus otworzył drzwi. Kiedy mnie zobaczył zamilkł. Poczułam, że moja pewność siebie wyparowała magicznie. Kolana zrobiły się miękkie , nie chcąc jednak dać tego po sobie poznać bez pytania weszłam do domu. – Caroline? – Odezwał się w końcu.
- Musimy porozmawiać.
- Też tak uważam. Może usiądziesz? – Wskazał na fotel w salonie. Usiadłam na nim, a on na fotelu obok.
- Klaus…
- Caroline. Cokolwiek czułem do ciebie wcześniej, tego już nie ma. Teraz czuję inaczej. – Nie mogłam uwierzyć w to co usłyszałam.
- Co? – Ledwo udało mi się to wyszeptać. Powstrzymywałam napływające łzy czekając aż Klaus wstanie i powie że to wszystko jeden wielki żart.
- Przepraszam. Wyglądasz na naprawdę poruszoną. – Zauważył ze zdziwieniem. - Nie wiem co do mnie czułaś…
- Czułam? Ja wciąż… - Przerwałam ponieważ Klaus wstał z fotela i podszedł do mnie. Nachylił się nade mną.
- Twoje serce. Bije bardzo szybko. – Nie wiedziałam, czy powiedział to bardziej do siebie czy do mnie. Dotknął swojej klatki piersiowej, a następnie przybliżył swoje usta do moich. Pocałunek był najpierw lekki a następnie się pogłębił. Byłam totalnie zdezorientowana. Czy to był moment w którym Klaus mówił, że to wszystko kosmiczny żart? Czułam słony smak łez które spływały na nasze usta. Klaus oderwał się w końcu ode mnie. Teraz ja słyszałam bicie naszych serc bijących szybko do jednej melodii.
- Przepraszam, ale musiałem coś sprawdzić.
- Jak to? – Nic nie rozumiałam. Czułam się słabo, kręciło mi się w głowie.
- Musiałem spróbować ostatni raz. – Uderzyłam do z całej siły w twarz.
- Ty podły draniu! Ty dupku, ty… - Nie potrafiłam już dłużej siedzieć w tym salonie z Tym mężczyzną. Wstałam i szybko wyszłam. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i oparłam się o nie. Cały świat wirował w zawrotnej szybkości, potem była już tylko ciemność.

Czułam się jak na jeździe na kolejce w koło i w koło, i w koło…
- Zamknij się! Zamknij się i dopóki nie wróci ci rozum nie odzywaj się do mnie. A do niej nie waż się więcej zbliżać. Nigdy!
- Rebeka ma rację. Dokonałeś swojego wyboru.
- Nawet nie miałem takiego zamiaru.
Ktoś rozmawiał głośno gdzieś niedaleko. Głosy rozsadzały mi głowę. Powieki były za ciężkie aby je otworzyć. Kolejka przyśpieszyła wpadając znów w cichą ciemność.
 Klaus:
Czego oni wszyscy chcą ode mnie i od tej dziewczyny? Kiedyś coś do niej czułem, ale to już koniec. Choć wciąż reaguję na nią inaczej niż na kogokolwiek na tym świecie, szybsze bicie serca, to dziwne uczucie, szum w głowie. Fakt, że nie mogę oderwać od niej oczu.  Coś było nie tak. Nie wiedziałem jak się przy niej zachować. Jest tak drobna, mógłbym skrzywdzić ją jednym ruchem ręki. Choć kiedy wychodziła… Złapałem się za policzek który w ogóle nie bolał. Wydaje się, że skrzywdziłem ją nawet bez użycia ręki. Nie rozumiałem tego. Nikt na świecie nie mógłby mnie takiego pokochać. Wszyscy którzy wciąż są ze mną to rodzina i osoby które znały mnie jeszcze przed przeminą. Tak właściwie to nie mam już nawet rodziny. Caroline też już nigdy więcej nie zobaczę. Nigdy nie dowiem się dlaczego czułem przy niej to co czułem. Ale to już nie ma znaczenia.
Caroline:
Nie chciałam się budzić. Nie chciałam pamiętać, cokolwiek powinnam pamiętać. Ciemność była piękna, cisza kojąca, pustka niesamowicie znajoma. Dlaczego więc dźwięki zaczęły przedzierać się do moich uszu? Dlaczego światło rozjaśniło ciemność? A skoro wszystko się zmieniało, to dlaczego pustka nie znika?
- Caroline? – Rebeka pochylała się nade mną.
- Zostaw mnie. – Znów zamknęłam oczy.
- Rozumiem jeśli nie chcesz mnie widzieć. – W jej głosie słyszałam ból.
- Ty nie masz z tym nic wspólnego. A teraz daj mi proszę spokój. Nie mam zamiaru już się więcej odzywać.
- Już idę. Jeśli będziesz czegoś potrzebować to mi powiedz. – Usłyszałam zamykane drzwi. Wstałam z łóżka i rozejrzałam się po pokoju. To był mój pokój. Skąd Rebeka miała zaproszenie? W tym momencie miałam to gdzieś. Poczułam, że tracę siły. Skuliłam się na podłodze. Czułam jak coś rozdziera mnie od środka. Nie mogę żyć z tym bólem! Nie mogę! Nie obchodziło mnie to, że nikt mnie nie chciał. Nie mogłam żyć ze świadomością, że On mnie nie chciał, że On mnie nie kochał. Spojrzałam na siebie. Byłam wciąż we wczorajszym stroju. Poszłam do łazienki, wzięłam prysznic, ładnie się umalowałam i przebrałam w ładną wiosenną sukienkę. Następnie spakowałam wszystkie potrzebne rzeczy i wyskoczyłam przez okno. Starając się nie myśleć o niczym szłam przez las w stronę rzeki. Stanęłam na moście patrząc na toń wody. Szkoda, że wampir nie może utonąć. Taka myśl przeszła mi przez głowę. Wyciągnęłam z torby wszystkie rzeczy. Spojrzałam na kartki które trzymałam w rękach. Kartka świąteczna od Klausa i jego rysunek z moją podobizną, które nie powinny w ogóle istnieć, ponieważ to wydarzyło się w jednym z moich pierwszych snów o pierwotnym. Znajdowała się tam też kartka po tym kiedy się upiłam i kiedy dał mi książkę do historii sztuki i jeszcze kilka liścików które mi o nim przypominały. Poczułam że oczy znów mnie pieką i przez chwilę pomyślałam, że nie dam rady. Może jednak powinnam wyłączyć uczucia? Odgoniłam tę myśl. Najwyraźniej zasługuję na ten ból. Wyrzuciłam wszystkie kartki, które powoli tańcząc na wietrze spadały w dół. Zatrzymały się na tafli wody i niesione prądem zniknęły mi z oczu. Potem wyciągnęłam olbrzymiego białego misia. Wciąż nim pachniał. Wtuliłam się w jego miękkie pluszowe futerko. Poczułam wielką gulę w gardle.
- Żegnaj. – Wychrypiałam. Wypuściłam plaszaka z ramion, a on spadł. Nie trafił jednak do wody. Zatrzymał się na gałęzi. Lekki wiatr strącił go na ziemię tuż pod drzewem. Zeszłam z mostu i stanęłam nad nim. Podniosłam z ziemi kamień i grubszą gałąź. Kamieniem wyryłam na pniu literę „C”. Chciałam już wyryć inną literę, ale się powstrzymałam. To było by żałosne. Zresztą jak całe to moje zachowanie.
Klaus:
Wszyscy się wyprowadzili. I dobrze! Czułem się dziwnie samotny i rozbity, ale w końcu siedziałem sam w domu. Ciekawe czy Clary z Kolem dobrze się bawią. Usłyszałem trzask drzwi wejściowych.
- Już wróciliście? – Zrobiłem krok w stronę wejścia, ale nagle to poczułem. Jego obecność. Moje mięśnie przygotowały się do ataku.
- Niklaus. – Mężczyzna wyszedł z za rogu.
- Ojcze. – Starałem się aby mój głos był spokojny.
- A gdzie reszta rodziny? Wszyscy cię opuścili?
- Co tu robisz?
- Nie zadawaj głupich pytań chłopcze. – Prawie warknął. – Uciekasz przede mną od stuleci.
- Jak mnie znalazłeś?
- To nie ma teraz znaczenia. – Najszybciej jak umiałem sięgnąłem po sztylet z białego dębu i rzuciłem się na Mikaela. W połowie drogi upadłem jednak przez pulsujący ból w mojej głowie. Z za rogu wyłonił się inny mężczyzna. Miał brązowe włosy i mniej więcej 30 lat.
- Czarodziej. –Wysyczałem.
- Gdyby tylko. – Zaśmiał się ojciec.
- Nazywam się Silas. I jestem czymś więcej niż zwykłym czarownikiem. Potrafię mieszać w nadprzyrodzonych umysłach.
- Do diabła z tobą!
- Jestem nieśmiertelny. – Zaśmiał się.
- Czego chcesz? – Zwróciłem się do ojca.
- Twojego cierpienia, twojej śmierci. – Zaśmiałem się ponuro.
- Jak zamierzasz to osiągnąć? Spaliłem wszystkie kołki z białego dębu, a sztylet mnie nie zabije, nawet mnie nie uśpi. Jestem hybrydą. – Powiedziałem z dumą podkreślając fakt iż ta cecha sprawia, że nie jestem jego synem. Lecz gdyby nie ona nie byłbym ścigany przez tysiące lat.
- Wiem. Dlatego na razie zadowolę się twoim cierpieniem. Potem sam coś wymyślisz. – Uśmiechnął się tajemniczo.
- Sugerujesz, że będę błagać cię o śmierć?- Zaśmiałem się szczerze. Czegoś podobnego wcześniej nie słyszałem.
- Kiedy dowiesz się wszystkiego. Kiedy poznasz prawdę której teraz nie widzisz.
- Co to za łamigłówki? Od kiedy stałeś się filozofem ojcze? – Kpiłem z niego ignorując ból w skroniach.
- Zamilcz. Ciesz się, że mam dziś dobry humor szczeniaku.
- Może zechcesz mnie oświecić co tak dokładnie ma wywołać u mnie stan najgłębszej depresji?
- Z największą przyjemnością. Silas. – Skinął na czarownika. Poczułem jak coś opuszcza mój umysł. Natłok informacji zaczął docierać do mnie z ogromną prędkością.
- Nie! Nie możliwe! Przestań! – Poczułem coś mokrego na policzku.
Rebeka:
- Elijah! Elijah! Nie ma jej! Uciekła przez okno! – Caroline zniknęła i to jeszcze w takim stanie…
- Na pewno nie poszła daleko. Znajdziemy ją. – Elijah szedł właśnie po schodach w moją stronę. Odłożyłam tacę z gorącym kakao i świeżym rogalikiem. Coś na biurku przykuło moją uwagę. Kartka wyrwana z zeszytu. Tylko jedno słowo. Nic więcej nie było tam napisane.
- Elijah! – Zrozpaczona krzyknęłam najgłośniej jak umiałam, co było zbędne. Brat zaglądając mi przez ramie właśnie przyglądał się temu co ja.
„Dziękiuję.”
Bez podpisu, bez zbędnych słów. To było pożegnanie i oboje to wiedzieliśmy. Dla kogo? Dla matki? Dla Eleny? Dla nas? Dla wszystkich?
- Elijah… - Wyszeptałam. – Ja naprawdę ją lubiłam, ja naprawdę chciałam aby została moją siostrą.
- Może po postu uciekła. – Podbiegłam do szafy. Była pełna. Wszystkie ubrania były na swoim miejscu. Poczułam się bezsilna, zupełnie bezsilna. Zaczęłam płakać. Tak dawno nie płakałam…
Caroline:
Wróciłam na most stawiając uważnie kroki, aby nie wpaść do wody. Barierka była bardzo śliska, ale jako wampir umiałam utrzymać się na każdej powierzchni. Jestem  żałosna. Podniosłam gałąź na wysokość serca.

- Kocham cię.

środa, 20 sierpnia 2014

Rozdział 30

Rozdział 30
Przeprasza. Trochę długo mi to zajęło, ale nie mogłam wcześniej. Miałam problemy z komputerem. Ale już jest nowy rozdział i chyba zamiast cokolwiek wyjaśniać jeszcze bardziej namieszałam ;p Jest za to perspektywa Kola. Mam nadzieję, że wam się spodoba.
Życzę miłego czytania. Zapraszam do komentowania.
Kol:
O co w tym wszystkim chodzi! Co ona tu robi? Kopnąłem kamień leżący na podjeździe. Co to wszystko ma znaczyć? Klaus zachowuje się dziwnie, Beka chodzi wkurzona, Elijah dopiero co wyszedł z celi a już pokłócił się z Klausem. W ogóle co on tam robił? Dwójka mojego rodzeństwa ciągle nawija o tej młodej wampirzycy. I najgorsze jest to, że nie mam zielonego pojęcia dlaczego Clary przyjechała. Młoda myśli, że to moja wina, ale moim prezentem nie była wcale Clary tylko ruda. Miała czekać na nas pod domem. Wyciągnąłem telefon. Gdzie ona tak właściwie jest? Zabiję ją! Miała tu być wczoraj! Wybrałem odpowiedni numer. Usłyszałem sygnał a następnie dzwonek dochodzący z opodal. Zły, że ta ruda modelka bawi się ze mną w chowanego ruszyłem w stronę dźwięku. Znalazłem telefon leżący na ziemi. Właścicielkę też znalazłem, choć myło ją trudno poznać. Jej głowa leżała metr od reszty ciała, całe ciało we krwi. Przekląłem pod nosem. Coś było nie tak. Muszę pomówić z Elijahem. W szybkim tempie przekroczyłem próg domu.
- Elijah? – Odpowiedziała mi jedynie cisza. – Elijah!
- Nie krzycz tak. Wyszedł parę minut temu. – Usłyszałem głos Clary. Bezgłośnie przedrzeźniałem ją ruchem warg i kopniakiem otworzyłem drzwi wejściowe. Nie mogę uwierzyć, że potrafi mnie tak wkurzać. Dawniej ją lubiłem. Może to wpływ Rebeki i Elijaha, a może Młodej? Gdzie mógł się wybrać? Wyciągnąłem telefon z kieszeni, a następnie znów odłożyłem. Od kiedy ja jestem tym który przejmuje się czymkolwiek? Zły sam na siebie ruszyłem w stronę miasta. Miałem zamiar się posilić a bar wydawał się do tego odpowiedni. Zaraz po przekroczeniu progu zupełnie co innego zaprzątało mi głowę. Przy jednym ze stolików siedział mój najstarszy brat, a miejsce naprzeciwko niego zajmowała właśnie blond wampirzyca. Myślałem, że ona i Klaus… teraz Elijah? Wyostrzyłem słuch.
- Przepraszam za spóźnienie. – Blondynka zajęła swoje miejsce. – Czy coś się stało?
- Chyba to ja powinienem cię o to spytać.
- Nie rozumiem, o co ci chodzi.
- Wiesz dobrze o czym mówię. Chodzi mi o Klausa. – Dziewczyna spięła się.
- Myślę… - Przerwał jej dźwięk kładzionych na stoliku trzech szklanek z napojem.
- Więc jaki mamy plan? – Beka usiadła z gracją przy stoliku. Oboje wydali się zaskoczeni. Uśmiechnąłem się. Wydaje się, że zamierzają dobrze się bawić.
- Jaki plan? – Zdziwiła się Młoda.
- Ratowanie świata beze mnie? – Usiadłem na czwartym i ostatnim zarazem wolnym krześle przy ich stoliku. Ich reakcja była jeszcze bardziej widoczna niż gdy pojawiła się Rebeka. Elijah uniósł ze zdziwienia brwi, Beka omal nie zakrztusiła się Burbonem który właśnie piła, natomiast Młoda rzuciła mi gniewne spojrzenie.
- Co tu robisz?
- Cokolwiek robicie wchodzę w to. – Zignorowałem pytanie Rebeki. – No co, nie patrzcie tak na mnie. To miasto jest strasznie nudne.
- Nie wiem o co w tym wszystkim chodzi, ale cokolwiek robicie nie mieszajcie mnie w to. Jak na razie jedyne czego potrzebuję, to chwilę samotności aby wszystko przemyśleć. – Już zaczęła wstawać.
- Odmawiasz przyjęcia pomocy od pierwotnych? – Zawołałem za blondynką która wydawała się nie zwracać na mnie uwagi. – Hej Młoda!
- Młoda? – Odwróciła się w moją stronę – Nie wiem co kombinujesz, ale mam już dość twojej pomocy.
- Dlaczego tak strasznie mnie nie lubisz?
- Dlaczego ja cię nie lubię?! – Podeszła bliżej stolika. - To ty zachowywałeś się jakbym była co najmniej trędowata kiedy byliśmy w Paryżu. Poprzysięgłeś sobie, że rozdzielisz mnie i Klausa w ciągu tygodnia i dopiąłeś swego. Gratuluję! – Co prawda to prawda, ale nie byłem w stanie określić dlaczego zachowywałem się tak, a nie inaczej. Ciężko było się przyznać, nawet przed sobą, że byłem zazdrosny o brata. Ale to było coś więcej, nie jestem w stanie tego określić, ale to jakby przymus.
- Kol! – Zbulwersowała się Rebeka.
- Czy to prawda? – Elijah spojrzał na mnie z dezaprobatą.
- Co było, minęło. Teraz coraz bardziej cię lubię. Szczególnie jak widzę Clary rządzącą się w domu.
- Mieszka u was?
- Czasami mam wrażenie, że to my mieszkamy u niej. Szwęda się po kuchni w koszuli Nika i myśli, ze jest królową. A to, że sypia w tym a nie innym łóżku nie oznacz… - Urwałem uświadamiając sobie, iż powiedziałem za dużo.
- Oni sypiają r a z e m?
- Caroline…
- Elijah? Powiedz mi prawdę. – Zażądała twardo.
- Tak, ale to… - Młoda znów weszła mu w zdanie.
- Więc jaki właściwie macie ten plan? – Usiadła na swoim miejscu, a ja widząc blask furii i determinacji w jej oczach, zacząłem rozumieć, co Klaus w niej widział. Roześmiałem się.
- Już myślałem, że to cię zniechęci. Że się poddasz.
- Nie do puki nie dokopię mu tak, że nie będzie mógł usiąść na tyłku, nie myśląc już o zapraszania do swojego łóżka zdzir. – Znów się roześmiałem.
- Zaczynam cię lubić Młoda.
- Mam na imię Caroline!
- Spoko. Caro. – Puściłem do niej oczko. Wygląda na to, że Klaus znalazł sobie dziewczynę z charakterkiem. Życzę powodzenia.
- Możemy już przejść do omawiania? – Rebeka była znudzona naszą wymianą zdań.
Klaus:
Clary spała, chociał było dopiero wczesne popołudnie. Spojrzałem na podartą pościel. Uśmiechnąłem się. Miała prawo być zmęczona. Wstałem po cichu i wyciągnąłem sztalugi malarskie oraz płótno. Zabrałem się za malowanie oddychającej miarowo wampirzycy. Najpierw blond włosy. Delikatne jak aksamit, rozrzucone po poduszce, a przynajmniej po tym, co z niej zostało. Jej lekko uchylone usta. I najpiękniejsze na świecie oczy. Dzikie jak wzburzony ocean, niebieskie jak wiosenne niebo. Nagle uświadomiwszy sobie co właśnie namalowałem z impetem cisnąłem sztalugą o ścianę.
- Co się stało? – Hałas zbudził Clary. Usiadłem na łóżku łapiąc się za głowę. Dlaczego ciągle mam wrażenie, że coś mi umyka? Że coś jest nie tak? – Klaus? Wszystko w porządku? – Nachyliła się aby mnie pocałować, ale ja odsunąłem ją od siebie.
- Twoje oczy. – Przyglądałem się im w skupieniu. – Twoje oczy są brązowe.
- Tak, ale co to ma do rzeczy?
- Nic. Nie wiem. – Wstałem i skierowałem się prosto do łazienki. Zimny prysznic na pewno mi pomoże.
Kol:
- Czy to tylko mi się wydaje, ale wasze pomysły jak na razie ograniczają się do tego, że po prostu muszę przypomnieć mu co traci?
- No nie ma co, ale Młoda ma rację. To nie jest żaden plan. Może po prostu powinnaś się przed nim rozebrać? – Poczułem mocne uderzenie z tyłu głowy. – Auć! Za co to?
- Za Młodą i za pomysł z obnażaniem się!
- Powinniśmy na jakiś czas pozbyć się Clary. – Zaczęła Rebeka.
- Wtedy miałabyś możliwość do rozmowy z Klausem. – Kontynuował Elijah.
- To nie będzie łatwe. Dlatego zgadzam się! – Wszyscy spojrzeli na mnie jak na wariata. Było oczywiste, że nikomu z nich nie udało by się odciągnąć jej od Klausa. Elijah nigdy nie miał z nią zbyt dobrych relacji, nie wspominając już o Bece.
- Wspaniale. A więc wyciągnij ją jutro na cały dzień do… gdzieśtam. A Caroline w tym czasie porozmawia z Nikiem. Ja i Elijah przypilnujemy, żeby nie uciekł.
- Uciekł? Siostrzyczko zauważ, że jest naprawdę niewiele rzeczy przed którymi Klaus ucieka. – Powiedziałem całą prawdę. Mógłbym na palcach jednej ręki wyliczyć rzeczy których Klaus się obawiał.
- Otwieranie się i dzielenie uczuciami nigdy nie przychodziło mu najlepiej.
- Dziwisz się mu? – Carolina chyba już chciała się zapytać o coś co dotyczyło mojej rozmowy z Rebeką, jednak Elijah był szybszy.
- Skupcie się. Kol jesteś pewien, że dasz rade ją odciągnąć jutro?
- Jasna sprawa. – Choć jakoś nie należało to do górnej pozycji na liście „moje marzenia”. Spędzić przeuroczy, calutki dzień z nową, irytującą wersją Clary? Jeśli Młoda i Klaus nie będą potem razem to nie ręczę za siebie!
- Czyli ustalone? – Beka wstała. – Idę jeszcze na zakupy. Do jutra. – Zniknęła za drzwiami.
- Ale ja nawet nie wiem czy chcę z nim porozmawiać.
- Nie musisz. Możesz mu po prostu przywalić. Tak jak zapowiedziałaś. – Sięgnąłem do kieszeni i wyciągnąłem stamtąd garść banknotów. – Masz. – Podałem je bratu. – Kup za to kamerę i wszystko mi nagraj. Muszę to zobaczyć! – Elijah tylko westchnął i nawet nie zabrał pieniędzy.
- Za tyle pieniędzy to ty możesz kupić chleb, a nie kamerę. – Spojrzałem na dolary które trzymałem w ręce. Trzy jednodolarówki.
- Rzadko używam pieniędzy. – Właściwie to nigdy ich nie używam. – Perswazja mi wystarcza.
- Tak też myślałam. – Spojrzałem na nią przechylając powoli głowę.
- Nie mów! Nie mów, że ty zamiast używać perswazji płacisz zielonymi! – Czym bardziej poznawałem tą dziewczynę tym bardziej niezwykła zaczynała się wydawać.
- Tak właśnie najczęściej robię.
- Zamiast o krwiożerczych wampirach powinni pisać książki o tobie. To dopiero wybryk natury! – Caroline próbowała nieudolnie udać obrażoną lecz w końcu się roześmiała.
- Caroline. Czy jest jeszcze coś o czym chciałabyś porozmawiać? – Elijah chyba szykował się do wyjścia.
- Nie. Muszę to wszystko przemyśleć.
- W takim razie do zobaczenia jutro. Pamiętaj, że nikt cię do niczego nie zmusza.
- Ale jak nie przyjdziesz to ja ci pokarzę! – Dokończyłem z uśmiechem. Elijah chciał coś powiedzieć ale Caro była szybsza.
- Phi! Nie boję się ciebie. – Jakby się zastanowić to jednak była dziewczyną Klausa.
- Załóżmy, że ci wierzę.
- Idę już.
- Elijah czekaj! Chcę z tobą jeszcze porozmawiać. – Wybiegłem za bratem.
Caroline:
Siedziałam nad kolejnym kieliszkiem analizując swoje życie. Odkąd w Mystice Falls pojawił się Klaus moje życie zupełnie się zmieniło. Nie było idealne, w końcu wiele osób zginęło. Ale też zakochałam się. Nie była to taka miłość jak do Tylera. To było bardziej namiętne. Zawsze kiedy byłam blisko niego moje serce chciało wyskoczyć. Chciałam go dotknąć, przeczesać jego włosy ręką, dać mu się pocałować. Ale z drugiej strony zawsze szukałam w nim tego, co moi przyjaciele. Zła, czekałam, aż okaże się, że on tylko się mną bawił.  A teraz czuję, że te obawy zniknęły, ale czy nie jest już za późno? Wróciła jego pierwsza miłość. Poczułam ucisk w klatce piersiowej i rosnącą gulę w gardle. Wypiłam cała zawartość kieliszka na raz próbując się jej pozbyć. Choć jakby się tak zastanowić, jestem beznadziejna. Odkąd zamieniłam się w wampira zachowywałam się żałośnie. Ciągle kończyłam z kieliszkiem w ręce użalając się nad sobą zamiast coś zrobić. Straciłam swoje cele. Jako człowiek miałam sporo marzeń, pragnień, wszędzie było mnie pełno. A teraz? Wstałam z krzesła i rzuciłam kilka banknotów na stół. Muszę wziąć sprawy w swoje ręce. Kiedy Kol powiedział mi, że Clary sypia z Klausem poczułam, że nawet jeśli to nic nie zmieni muszę zrobić co w mojej mocy, aby go odzyskać. Muszę się przygotować  na jutro. Może oni mają rację. Może powinnam pokazać mu, co traci. Idąc w stronę domu zaczęłam wszystko planować. Muszę się wyspać. Jutro makijaż, fryzura… A w co ja się ubiorę? Kiedy doszłam do domu mamy znów nie było. Ostatnio pracuje coraz więcej. Pod drzwiami znalazłam duże ozdobne pudełko. Trochę to dziwne. Nie było z pewnością od Klausa. To nie jego stylem pisma jest napisany liścik na wierzchu. Podniosłam ozdobny papier.
„Kiedy zobaczyłam ją na manekinie od razu pomyślałam o tobie.”

Nie było podpisu, ale wiedziałam kto go przyniósł. Wiedziałam też co znajdę w środku. Z pewnością jakąś olśniewającą sukienką. Trzeba przyznać, że podoba mi się styl Rebeki więc z niecierpliwością otworzyłam pudełko zastanawiając się, co takiego tym razem dla mnie wybrała.

czwartek, 31 lipca 2014

Rozdział 29

Rozdział 29
Ostrzegam, że rozdział może wydać się wręcz bulwersujący pod względem zachowania jednego z bohaterów, ale obiecuję, że wszystko się wkrótce wyjaśni. Zapraszam do czytania i komentowania.
Caroline:
Droga na lotnisko trwała 2 godziny, co było spowodowane korkami. Kiedy dojechaliśmy samolot, a raczej odrzutowiec już na nas czekał. Przed nim stał Alex. Klaus minął go bez słowa i podszedł do schodków. Podał mi rękę i pomógł wsiąść do samolotu. Przechodząc koło Alexa uśmiechnęłam się do niego, a on odwzajemnił uśmiech. Wydawał się całkiem sympatyczny. Rozejrzałam się po pokładzie. Wydawał się przestronny i drogi. Na jednym z foteli siedział Kol.
- No w końcu jesteś. - Przywitał się z bratem.
- Startuj. – Klaus powiedział to do małego mikrofonu w ścianie. Maszyna ruszyła.
- Gdzie lecimy? Do Nowego Orleanu?
- Dlaczego akurat tam? – Zastanawiałam się dlaczego Kol zapytał akurat o to miasto.
- Do Mystic Falls.
- Nigdy o tym nie słyszałem.
- Nie powinieneś.
- Co jest w Nowym Orleanie? – Przypomniałam sobie mój sen.
- Dom. – Obaj bracia powiedzieli to prawie jednocześnie. Potem zapadła cisza, zmęczona zasnęłam.
Obudziłam się dopiero przy lądowaniu. Za parę godzin będę w domu. Kiedy wylądowaliśmy przesiedliśmy się do auta które już na nas czekało. Kiedy byliśmy już na obrzeżach miasta samochód zahamował gwałtownie.
- Co do… - Klaus urwał kiedy drzwi od mojej strony otworzyły się gwałtownie. W drzwiach stała urocza blondynka. Miała brązowe oczy w których tańczyły iskierki. Wyglądała na wyższą ode mnie. Miała na sobie obcisłą czarną sukienkę bez ramiączek, która ledwo sięgała do ud, odsłaniając długie i piękne nogi. Make-up zrobiony był wręcz perfekcyjnie.
- Clarissa? – Kol wydawał się zaskoczony. Zaraz, czyżby to jego sprawka? Przecież musiał wiedzieć gdzie lecimy, mówił też coś o niespodziance dla Klausa. Czy ta kobieta, ta wampirzyca ma coś wspólnego z ich przeszłością? Spojrzałam na Kola. Niesamowity z niego aktor. Jego zdziwienie można by uznać wręcz na prawdziwe. Pomyślałam kąśliwie.
- Klaus! Kol! – Dziewczyna ucieszyła się na ich widok.
- Co tu się dzieje? – Kol spojrzał najpierw na brata a potem na mnie. A następnie wyszedł z drugiej strony samochodu. Klaus wciąż wpatrywał się w uśmiechniętą twarz Clarissy. Nagle dziewczyna cofnęła się aby przywitać się z Kolem. Uświadomiłam sobie iż wstrzymuję oddech. Wzięłam głęboki wdech. Z zewnątrz dochodziły odgłosy powitania.
- Klaus? – To nie ja to powiedziałam. Wampirzyca nachylała się nad Klausem patrząc mu w oczy. Następnie pocałowała go w policzek.
- Clary co ty tu robisz? – Klaus wyszedł z auta. Clary? Chciałam wysiąść ale pasy zatrzymały mnie na miejscu. Przyzwyczajenie z ludzkiego życia. Zaczęłam się z nimi nieudolnie mocować.
- Pomóc? – Kol zaglądał mi przez drzwi. Sięgnął i jednym zgrabnym ruchem je odpiął.
- Dzięki. – Zabrzmiało to bardziej warknięcie, niż podziękowanie. Chciałam wyjść, ale Kol wciąż sterczał w drzwiach.
- Przesuń się.
- Spokojnie. Nie musisz na mnie warczeć. Zanim Cię jednak przepuszczę. Wiesz co ona tu robi?
- Clary? – Powiedziałam to słodkim głosikiem. – Przypuszczam, iż przekonuje Klausa iż jestem tak naprawdę nikim, ale ty wiesz najlepiej! – Wyszłam drugimi drzwiami.
- Klaus? – Spojrzałam na hybrydę stojącą naprzeciw blondynki.
- Clary, to jest Caroline. Caroline, to jest Clary, moja przyjaciółka z dzieciństwa. – Przyjaciółka z dzieciństwa?
- Kolejna p-pierwotna?! – Clarissa zaśmiała się dźwięcznie.
- Oczywiście, że nie.
- Pierwsza osoba zamieniona przez nas w wampira. – Burknął ponuro Kol.
- A dokładniej przez Klausa. – Brązowooka uśmiechnęła się uroczo.
- Znasz go od czasu przemiany? – Jakieś tysiąc lat? Poczułam jak zazdrość rozsadza mnie od środka.
- Nie. Znałam go jeszcze długo przed tym. Byliśmy razem prawie od urodzenia. Potem kiedy stali się wampirami byłam pierwszą która została przemieniona. – Razem? Gdybym była balonem wypełnianym zazdrością zamiast powietrzem już bym wybuchła.
- Więc znałaś go jako człowieka? – Nie potrafiłam odpuścić. Jaki on był kiedy był małym chłopcem? Czy bał się ciemności? Często się śmiał? Jego pierwsza dziewczyna? Pierwszy pocałunek?
- Tak. Ale o wiele bardziej wolę go jako hybrydę. Silny, bezlitosny, niepokonany.
- Nie uznałabym tego za najlepsze cechy.
- Nie znałaś go kiedy był mały.
- Co ty nie powiesz!
- Wyglądasz na młodą. Ile masz lat?
- To nie twój interes!
- Caroline co cię ugryzło? – To nie był mój Nik, a może Nik nie należał do mnie, tylko do niej?
- Nic. Jestem po prostu zmęczona i chcę wrócić już do domu.
- Zaraz cię odwiozę.
- Nie trzeba. Przejdę się.
- Mogę cię odprowadzić. – Zaproponował Kol.
- Nie dotykaj mnie! – Cofnęłam się gdy podszedł do mnie. – Wszystko psujesz! – Wiedziałam, że on nie ma wpływu na to, jak zachowuje się Klaus, ale potrzebowałam zwalić to wszystko na kogoś. A przecież to on ją tu sprowadził. Pobiegłam jak najszybciej przed siebie. Potrzebuję zajęcia. Powinnam sprawdzić jak czuje się Elena. Tak, powinnam to zrobić.
Od razu ruszyłam w stronę domu Salvatorów, po drodze mijając willę Mikaelsonów. Samochód Rebeki właśnie wyjeżdżał z posesji.
- Caroline! – Wampirzyca wydawała się cieszyć na mój widok. – Jak udało wam się tu dolecieć w tak krótkim czasie? A tak właściwie, to gdzie Nik?
- Jest zajęty.
- Przecież miał uwolnić Elijaha! – Zupełnie zapomniałam o tym, że jego starszy brat wciąż jest uwięziony.
- Jak on się czuje?
- Dobrze, ale czułby się lepiej na wolności. Próbowałam sama wyważyć kraty, ale nie da rady. Co go zatrzymało?
- Wasza przyjaciółka. Przeurocza Clarissa. – Powiedziałam to z dużą porcją sarkazmu.
- Kto?
- No wasza koleżanka od dzieciństwa. Ona i Klaus zawsze byli razem…
- Co ta żmija tu robi? – Zaczęłam zastanawiać się, czy to nie z moich ust wypłynęły te słowa. Rebeka wydawała się jej nie lubić.
- Nie takiej reakcji się spodziewałam. Myślałam, że naszą drogą Clary wszyscy kochają.
- Ona zawsze wszędzie za nimi chodziła, a mi zabraniała, ale Nik i tak mi pozwalał.
- Naprawdę? Dziś wyglądał na jej największą fankę.
- Gdzie oni są! – Rebeka wyglądała na złą.
- Na obrzeżach miasta. Miłej zabawy.
- Nie idziesz tam ze mną?
- Właśnie stamtąd wracam.
- A co z kluczem? Kto uwolni Elijaha?
- Klucz? Klaus ma jakiś na szyi. Ale jeśli dotrzyma obietnicy, to powinien go uwolnić.
- Obietnicy?
- Rebeka nie mam naprawdę siły na tą rozmowę.
- Zaraz przemówię mu do rozsądku! – Ruszyłam przed siebie nie próbując nawet zrozumieć znaczenia jej słów. Parę minut później ze sztucznym uśmiechem na ustach zapukałam do drzwi. Otworzył mi Stefan.
- Caroline! Tak się cieszę, że wróciłaś. Martwiłem się o ciebie.
- Blondi nie ma co, ale tym razem akcja ratunkowa ci się udała. – Usłyszałam głos Damona. Jego postać wyłoniła się właśnie zza rogu.
- Gdzie Elena?
- Śpi. – Stefan gestem ręki zaprosił mnie do środka.
- Jak się czuje?
- Trudno powiedzieć. Wygląda na to, że hybryda znęcał się nad jej umysłem nie ciałem. – Słowa Damona sprawiły iż zaczęłam zastanawiać się nad jej zachowaniem w Paryżu. Kiedy Klaus wszedł do naszego pokoju moja przyjaciółka zaczęła krzyczeć i piszczeć wymyślając to nową teorię spiskową. Może to wina Klausa?
- A  co z Bonnie?
- Jest na górze u Eleny. Wygląda na to, że czuje się całkiem dobrze.
- A wy?
- Głupie pytanie. Muszę z nim mieszkać. – Damon trącił brata łokciem.
- A ty? – Stefan spytał z troską.
- Jestem strasznie zmęczona.
- To zrozumiałem. Po tak upojnej nocy… - Wymierzyłam Damonowi mocny cios w głowę.
- Pilnuj lepiej swoich spraw.
- Au!
- Wrócę chyba teraz do domu i prześpię się w takim razie.
- Do zobaczenia później?
- Tak. Wpadnę zobaczyć się z Eleną. – I wyszłam. Tak naprawdę nie byłam zmęczona. Spałam w końcu kilka godzin w samolocie. Postanowiłam jednak wrócić do domu. Jutro poniedziałek. Muszę przyszykować się do szkoły i zaplanować imprezę, która miała odbyć się w piątek. Wygląda na to, ze znalazłam sobie zajęcie na kolejne kilka godzin.
Klaus:
Kol wciąż wypytywał Clary o jej przyjazd. Czułem, że coś mi umyka, że coś jest nie tak, ale nie mogłem tego zdefiniować. Może to po prostu to, że pierwszy raz od tak dawna spotkałem ją, moją pierwszą miłość kiedy byłem jeszcze człowiekiem, dziewczynę z którą całowałem się pierwszy raz. Ale dlaczego my się w ogóle rozstaliśmy? To stało się po jej przemianie. Zmieniła się. Stała się dwulicowa i arogancka. Tylko, że przemiana w wampira nie zmienia charakteru, a jedynie wzmacnia. Wtedy mi to przeszkadzało, ale czy teraz wciąż mi przeszkadza? Jest piękna, silna, nie boi się niczego, ani nikogo. Przebyła długą podróż aby nie zobaczyć. Spojrzałem na nią. W jej oczach zauważyłem wyczekiwanie.
- Czy ty mnie w ogóle słuchasz? – Przybliżyła swoją twarz do mojej i pocałowała. Odwzajemniłem pocałunek. Nie rozumiałem co było nie tak, ale ten pocałunek nie smakował tak jak powinien. Nie czuć było miłości, ani pożądania. A może tylko mi się wydaje? W jej oczach widziałem pożądanie.
- Nie przeszkadza ci, że jeszcze chwilę temu całował się z Caroline? – Kol chyba pierwszy raz nazwał ją po imieniu. Coś we mnie drgnęło. Caroline. Pocałunek. Miłość. Wsunąłem palce we włosy wampirzycy. Jej włosy nie są takie miękkie jak loki Caroline.
- Klaus! Skończ tą swoją głupią grę, bo ją stracisz! – Oderwałem się od dziewczyny.
- Beka! – Uśmiechnąłem się do siostry. – Kogo stracę? – Jej torebka z impetem odbiła się od mojej głowy.
- Nic się nie zmieniałaś. – Zaśmiała się Clarissa.
- Zamknij się! To nie twój interes. Wiesz dobrze jak skończyła się wasza znajomość. Klaus zauważył jaka jesteś naprawdę i zrozumiał, ze tak naprawdę nigdy cię nie kochał!
- Jesteś zazdrosna? Zawsze byłaś. Byłaś zazdrosna o to, że mógł kochać inną kobietę niż ciebie.
- To nie to! Nie mam nic przeciwko kobiecie w sercu Nika. Ale to musi być ktoś kto jest tego godny.
- Jak Caroline? – Wtrącił się Kol. Wszyscy w wyczekiwaniu zwróciliśmy na nią oczy. Zapadło chwilowe milczenie.
- Tak. Jak Caroline.
- Myślałem że jej nie lubisz. – Drażniłem się z nią.
- A ja, że ją kochasz.
- Nigdy czegoś takiego nie powiedziałem! – Te słowa wyrwały mi się z ust. Wcale nie chciałem tego powiedzieć. Rebeka stała jak wryta.
- Powiedziałeś. – Wtrącił się Kol. Powiedziałeś mi to w Paryżu. Powiedziałeś, że ją kochasz i że nic tego nie zmieni. Ze muszę to zaakceptować albo zniknąć. Powiedziałeś…
- Dosyć. – Clary zaśmiała się wesoło. – Nie chcemy chyba, aby rodzina się rozpadła przez jakąś młodą wampirzycę. Uczucia się zmieniają, a pierwsza miłość zawsze pozostaje najsilniejsza.
- Co ty…

- Dość Rebeka. Na dziś wystarczy. Wszyscy jesteśmy zmęczeni. Porozmawiamy o tym jutro na spokojnie. – Nie wiedziałem co mam o tym wszystkim sądzić kochałem Caroline. Ale czuję, ze Clary ma rację. Stara miłość nie rdzewieje. Ja i blond wampirzyca pojechaliśmy dalej samochodem. Moje rodzeństwo zostało przy aucie Beki.

niedziela, 27 lipca 2014

Rozdział 28

Rozdział 28
Ach te zwariowane wakacje! Człowiek myśli, że znajdzie więcej czasu na bloga a jak na razie to rzadko w domu bywa. Przepraszam, że tak długo czekaliście. Mam nadzieję, że się nie nudzicie, ale gdyby jednak to na nudę najlepsze czytanie. Zapraszam więc do zapoznania się z nowym rozdziałem. Koniecznie napiszcie co o nim sądzicie.
Caroline:
Czy ja ostatnio nie za często budzę się z bólem głowy? Skrzywiłam się. Co ja wczoraj wyprawiałam? Otworzyłam oczy. Leżałam w łóżku, w pokoju było jasno. Ale to nie była moja sypialnia. Nie był to też pokój w którym zatrzymała się Rebeka. Spojrzałam przez otwarte na oścież drzwi balkonowe. Z ust wyrwało mi się krótkie westchnienie. Pokój z widokiem na Wieżę Eiffla! Usłyszałam cichy szelest. Spojrzałam w tamtą stronę a moje usta znów wydały niepożądany odgłos. Z jednych z drzwi wyszedł właśnie bosy Klaus. Miał na sobie jedynie jeansy. Wycierał wilgotne włosy ręcznikiem. Pojedyncze krople z włosów spadały na jego umięśniony tors. Mały metalowy kluczyk wiszący na rzemyku błyszczał w słońcu. Poczułam ochotę aby dotknąć jego umięśnionego brzucha. Klaus zauważył, że mu się przyglądam i uśmiechnął się zadowolony.
- Dzień dobry Kochana.
- Jak tu dotarłam?
- Jak zawsze kiedy ze mną pijesz. – Jego uśmiech nie znikał z twarzy. Zdziwiona uniosłam brwi. – Przyniosłem cię.
- Dziękuję… - Odwrócił  się i wyszedł na balkon.
- Cała przyjemność po mojej stronie. – Stał do mnie tyłem. Ręcznik którym wcześniej wycierał włosy spoczywał teraz na jego ramionach. Najchętniej zrzuciłabym go aby nie zasłaniał jego umięśnionych ramion… Klaus odwrócił się.
- Zamówię lunch.
- Która godzina?
- Za dziesięć dwunasta.
- Już tak późno? – Zerwałam się z łóżka i poczułam zawroty głowy. Klaus już ruszył w moją stronę ale zatrzymałam go gestem ręki. Podparłam się o łóżko. Nie wiadomo jak by się to skończyło gdybym znalazła się teraz w jego ramionach.
- Kac? – Pokiwałam twierdząco głową.
- Marzy mi się długa kąpiel. – Nieświadomie powiedziałam to na głos.
- Łazienka jest tam. – Wskazał mi drzwi z których sam niedawno wyszedł. Skinęłam głową i powoli udałam się w tamtym kierunku. Zatrzymałam się w drzwiach i spojrzałam na sukienkę którą wciąż miałam na sobie. Najchętniej bym się w coś przebrała. Ale oczywiście niczego ze sobą nie zabrałam. Zamknęłam za sobą drzwi na klucz i upewniłam się raz jeszcze czy są zamknięte. Ściągnęłam sukienkę i weszłam pod prysznic. Po kąpieli owinięta w ręcznik spojrzałam niechętnie na brudną już sukienkę. Moją uwagę przykuła czysta kupka idealnie złożonych kobiecych ubrań. Czyżby należały do jednej z jego… Przełknęłam ślinę i podeszłam do kolorowej sterty. Podniosłam białą letnią sukienkę. O dziwo miała jeszcze metkę. Do tego błękitny sweterek, pasek i szpilki.
- W łazience masz ubrania na przebranie. – Usłyszałam głos Klausa z za drzwi. – Rebeka powiedziała, że będą na ciebie dobre.
- Mhm. – Nie mając zbytnio innej perspektywy ubrałam się w pozostawione mi rzeczy. Przeczesałam palcami włosy i wyszłam z łazienki. Hybryda przyglądała mi się ze skupieniem. Z uśmiechem podszedł do mnie i stając za mną odgarnął mi włosy z karku.
- Nie oderwałaś metki głuptasie.
- Głuptasie? – Klaus zignorował moje pytanie. – To dla tego, że mam nadzieję ją oddać. – Mina Klausa stężała.
- Prezentów się nie oddaje.
- Ale też nie przyjmuje się ich od nieznajomych. Szczególnie kiedy są tak drogie. – Wyraz jego twarzy stał się nieodgadniony.
- A więc tym dla ciebie jestem? Po prostu nieznajomym? – Podszedł do mnie niebezpiecznie blisko. Zaczęłam się powoli cofać.
- Nie to miałam na myśli…
- Zawsze całujesz się z nieznajomymi mężczyznami na szczycie Wieży Eiffla? – Jego bliskość sprawiała iż nie mogłam racjonalnie myśleć.
- Pierwszy raz byłam na Wieży Eiffla… - Klaus roześmiał się złowrogo.
- Co to miało znaczyć? Uważaj Caroline, nie chciałabyś wiedzieć co ja robię z nieznajomymi kobietami. – Poczułam, że nie mogę się już dalej cofać, natrafiłam na jakąś przeszkodę. Przełknęłam ślinę.
- Nie chciałam, aby to tak zabrzmiało. Chodzi o to, że chwilami mam wrażenie, że cię nie znam. Raz jesteś wobec mnie miły i czuły a innym razem agresywny i niebezpieczny.
- Agresywny? Niebezpieczny? Wobec ciebie? – Znów złowrogi śmiech który tym razem zamarł na jego ustach. Popchnął mnie, a ja poczułam pod sobą miękki materac.
- Klaus? Co robisz?!
- Agresywny? Mogę ci przysiąc, że jeszcze nigdy nie byłem wobec ciebie agresywny… ani nigdy nie byłem dla ciebie aż tak niebezpieczny jak mogę być. – Jego głos był zimny i beznamiętny. – Ale jeśli chcesz, mogę pokazać ci o co właśnie mnie osądziłaś. – Próbowałam się zerwać z łóżka jednak on złapał mnie z ogromną siłą za  nadgarstki.
- Puść! To boli! - Dlaczego? Dlaczego Nik tak się zachowywał? Mój Nik…
- O nie. To jeszcze nawet nie zaczęło boleć. Usiadł nade mną okrakiem i zaczął zaborczo całować po szyi i biuście.
- Proszę przestań! – Nie przestał. Jego dotyk parzył mnie, czułam jak moja skóra reaguje na jego pocałunki. Ale nie sprawiało mi to przyjemności a jedynie ból.
- Gratuluję Kochana. Udało ci się dopiąć swego. Pokarzę ci dziś jak traktuję nieznajome. – Jego głos był trochę ochrypły.
- Przestań! Przestań bo zacznę krzyczeć!
- Nikt ci nie pomoże. Możesz krzyczeć ile chcesz.
- Jest ktoś… ktoś kto na pewno mi pomoże… - Wiedziałam to, jest sposób aby go powstrzymać, nie wiedziałam tylko czy on wciąż istnieje i czy ja wciąż istnieję dla niego.
- Wątpię. Pamiętasz chyba, że jesteśmy we Francji? Nie ma tu Stefana ani Damona, nie ma też Elijaha. – Wyszeptał mi przy ciele muskając moją skórę wargami. Jedną ręką złapał moje nadgarstki, druga wędrowała wzdłuż moich ud, coraz wyżej i wyżej…
- Nie o nich myślałam. – Nabrałam w płuca powietrza i z całej siły zaczęłam krzyczeć. – NIK! NIK! Proszę przestań! – Czułam się jak głupia bohaterka kreskówki. To co właśnie robiłam było głupie, ale wydawało się skutkować. Klaus zesztywniał na chwilę, następnie podniósł głowę i spojrzał na moją twarz, starannie unikając mojego wzroku. Potem na ręce które w miejscu ucisku zrobiły się fioletowe. Zobaczyłam w jego oczach pogardę i odrazę. Poczułam ból w klatce piersiowej, nie mogłam patrzeć jak się obwinia. W końcu to ja zaczęłam. Klaus miał rację, nigdy nie stanowił dla mnie zagrożenia. Poczułam, że uścisk zniknął, tak samo jak ciężar jego ciała. Klaus właśnie wstawał z łóżka nie patrząc na mnie. Podniosłam się więc szybko i tym razem to ja popchnęłam go na łóżko. Nie opierał się. W jego oczach widziałam ból. Dlaczego aż tak bardzo się tym przejął? Przecież do niczego nie doszło! Nagle na jego policzku pojawiła się kropla, łza. Moja łza. Otarłam oczy zanim kolejna łza wylądowała na jego twarzy. Klaus w końcu spojrzał na mnie i znów poczułam ukłucie bólu. Jego smutne oczy patrzyły na mnie przepraszająco. Kolejna łza skapnęła, tym razem na pościel tuż obok jego ucha. Klaus odwrócił głowę, ale ja chwilę później złapałam ją w dłonie i delikatnie obróciłam w moją stronę. Tym razem patrzył na mnie ze… zrozumieniem? Nie zdążyłam się im przyjrzeć ponieważ zamknął oczy. Otarłam nowe łzy i Pochyliłam się nad nim. Złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek. Czyżby to był pierwszy raz kiedy to ja go pocałowałam? Klaus gwałtownie otworzył oczy. Uśmiechnęłam się wciął mając swoje usta na jego i pogłębiłam pocałunek. Klaus powoli, jakby niepewnie oddał go.
Klaus:
Nic nie rozumiałem. Pierwszy raz od dłuższego czasu nie miałem kontroli nad sytuacją. Zrozumiałem co się dzieje dopiero kiedy zaczęła krzyczeć. Ale dlaczego krzyczała moje imię? Myślałem, że za to co jej zrobiłem… za to co chciałem zrobić… za to co mogło się stać. Myślałem, że chce zemsty. Widziałem przecież jak płacze, nie mogłem patrzeć na nią w takim stanie. Mój Anioł skrzywdzony przeze mnie! Kiedy poddałem się jej myślałem, że chce mnie ukarać lub spróbuje mnie nawet zabić…
- Dlaczego?
- Dlaczego co? – Spytała wciąż zdyszana.
- To nie była kara.
- To nie miała być kara. – Uśmiechnęła się do mnie promienie.
- Dlaczego sądziłaś, ze kiedy powiesz do mnie Nik, to zadziała?
- Poznałam cię jako Nika. Wiem też, że tak mówią do ciebie tylko bliskie ci osoby i ja. – Teraz rozumiałem.
- Jesteś dla mnie bliską osobą.
- Wiem. – Zaczerwieniła się. – Nie chciałam żeby to tak wyszło. Przepraszam.
- Nie przepraszaj. To ja powiniene… Znów mnie pocałowała, a ja poczułem nieodpartą ochotę aby przyciągnąć ją do siebie i rozerwać tę białą sukienkę… Ale nie mogłem, nie po tym co zrobiłem. Mój telefon zadzwonił a Caroline odsunęła się ode mnie. Niechętnie podniosłem urządzenie do ucha.
- Halo?
- Wylecieliście zgodnie z planem? O której lądujecie?
Caroline:
Na śmierć zapomniałam! Dziś mamy samolot.
- Która godzina?
- Dwie godziny po tym jak powinniście być w samolocie… Czy tylko mi się wydaje, ze was tam nie ma? – Głos Rebeki zabrzmiał w telefonie.
- O nie!
- Następny lot jest dopiero jutro o 6.
- Nie musimy się śpieszyć. Jesteśmy w końcu nieśmiertelni. – Z zadowoleniem zauważył Klaus.
- Jutro jest szkoła, że tak wtrącę. – Celna uwaga Rebeki spowodowała iż Klaus spojrzał na mnie i znów na telefon.
– Nie przejmuj się Beki. Jeszcze dziś będziemy. – I się rozłączył. Chciałam zapytać go jak to zrobimy skoro samolot leci już od dobrych dwóch godzin, ale nie zdążyłam, ponieważ Klaus znów przyłożył słuchawkę do ucha. Wiem, że nie powinnam, ale mimo wszystko wyostrzyłam słuch.
- Panie? – Przekręciłam oczami. Zakochałam się w kimś kto ma kompleks wyższości!
- Potrzebuję samolotu za dwie godziny.
- Ale ostatni samolot dzisiaj…
- Samolot ma na mnie czekać na lotnisku i za dwie godziny ma się wzbić w powietrze. Nie obchodzi mnie jak to zrobisz.
- Rozumiem. – A ja nie. Co to znaczy? Że ma być? Co on mu karze zrobić? Chyba nie użyje perswazji i zmieni kurs jakiegoś innego samolotu tylko dla tego, że ja chcę być w poniedziałek w szkole. A co z tymi wszystkimi ludźmi? A co jeśli przez zmianę kursu zdarzy się tragedia i się rozbijemy? Poczułam, że Klaus mi się przygląda. Westchnął ciężko.
- Skorzystaj z mojego konta w Szwajcarii. Powinno wystarczyć pieniędzy.
- Na tamtym koncie wystarczyło by pieniędzy na zakup kilku odrzut… - Klaus rozłączył się.
- To nie było konieczne. To tylko szkoła.
- Nie robię tego dla szkoły, tylko dla ciebie. – Podsunęłam się bliżej i wtuliłam w jego tors.
Klaus:
Objąłem Caroline znamionami, myśląc nad tym jak krucha jest jej osoba. Wtuliłem twarz w jej włosy delektując się ich miękkością i zapachem. Tak niewiele brakowało mi do szczęścia. Jedynie de blond loki, duże niebieskie oczy, uroczy nosek, piękne usta, to drobne ciałko, nieziemski uśmiech… Niby niewiele, ale bez tego wszystkiego nie mam nic. Najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie zasługuję na nią. Nie zasługuję nawet na jej uśmiech, nie zasługuję na to aby tak ją trzymać.
Caroline:
Chwile później musieliśmy już się zbierać, aby mimo korków dojechać na czas. Miałam nadzieję, że udało się temu nieszczęśnikowi załatwić samolot. Już raz omal nie byłam świadkiem kary za nie wykonanie polecenia. Kiedy wyszliśmy przed hotelem stał już srebrny kabriolet z szoferem.
- Nie przypominam sobie, abym prosił cię o podwózkę.
- Spokojna głowa, jeśli chcesz, to możesz prowadzić.
- Kol?!
- Wsiadasz bracie?
- Co zamierzasz? – Klaus zmierzył wzrokiem brata który właśnie okrążał auto aby siąść na miejscu pasażera.
- Jadę z tobą. – Uśmiechnął się. Poczułam się jak piąte koło u wozu.
- Po co? Myślałem, że chciałeś mieć własne życie.
- Wsiadaj bo się spóźnimy na samolot.
- Skąd wiesz, że mamy samolot? – Kol wydawał się nawet nie słyszeć mojego pytania. Przyjrzałam się samochodowi. Wyglądało na raczej dwuosobowe auto z odrobiną miejsca z tyłu niż na pięcioosobowy pojazd. Klaus chyba też to zauważył.
- W takim razie spotkamy się na lotnisku. – Pożegnał go Klaus i podszedł do parkingowego. Spojrzałam na najmłodszego Mikaelsona. Przyglądał mi się z otwartą wrogością. Przeszedł mnie dreszcz.
- Nie ma szans, że Klaus wytrzyma z tobą dłużej niż tydzień. Nie szczególnie gdy zobaczy mój prezent powitalny. – Uśmiechnął się złośliwie.
- Dlaczego tak mnie nie lubisz? – Czarne BMW stanęło tuż za samochodem Kola. Klaus obszedł samochód i otworzył drzwi od strony pasażera. Kol odjechał z piskiem opon. Wygląda na to, że nie jest mi pisane poznać odpowiedź na to pytanie. Nieco zamyślona wsiadłam do samochodu. Poczułam badawczy wzrok Klausa.
- Ładny samochód. Skąd go masz? – Zaczęłam niewinną rozmowę.
- Pożyczyłem. – Uniosłam brwi.
- Ukradłeś?
- Pożyczyłem. Kiedy zostawię go na płucie lotniska właściciel będzie mógł go stamtąd odebrać.
- Jesteś niereformowalny.
- Raczej mam swoje poglądy. – Poprawił mnie. – Zresztą ty też bywasz nieznośna.
- Nieznośna?
- Dokładnie. Nieznośnie dobra. Przyleciałaś tu aby ratować swoją koleżankę która będąc w niewoli majaczyła wzywając wszystkich oprócz ciebie. Damona, Stefana, a nawet Bonnie.
- Naprawdę?

- Przepraszam. Nie powinienem tego mówić. Zapomnij, że to powiedziałem. – Zapadła cisza. Dlaczego Elena nie wołała mnie? Jestem za słaba, żeby jej pomóc?